Zwróciła uwagę dzieciom demolującym altanę śmietnikową. Ich odpowiedź to dowód, że bezstresowe wychowanie nie działa
Dzieci mogą być głośne, mają prawo do popełniania błędów i robienia niezbyt rozsądnych rzeczy. Od tego jest dzieciństwo. Problem pojawia się wtedy, gdy nikt nie pokazuje im, gdzie kończy się zabawa, a zaczyna wandalizm.

Przypadkiem trafiłam na post z lokalnej grupy na Facebooku. Jego autorka apelowała do rodziców kilku chłopców, którzy od kilku dni mieli demolować gabaryty pozostawione przy altanie śmietnikowej. Dzieci miały łamać porzucone przedmioty, skakać po nich i zostawiać po sobie bałagan. Najbardziej zastanawiająca okazała się jednak ich odpowiedź na zwróconą uwagę: skoro rzeczy są „niczyje”, można z nimi robić, co się chce.
Dzieci niszczą, a dorośli mają posprzątać
Dziecięca ciekawość i potrzeba odkrywania są czymś zupełnie naturalnym. Jest jednak ogromna różnica między zabawą a celowym niszczeniem rzeczy. Jeśli kilku chłopców przez kilka dni łamie przedmioty, skacze po nich i urządza sobie z nich plac zabaw, to nie jest już niewinna dziecięca psota. To zachowanie, które powinno spotkać się z reakcją dorosłych.
Bo przecież ktoś później musi ten bałagan posprzątać. Ktoś musi zebrać połamane elementy, wynieść je i doprowadzić wspólną przestrzeń do porządku. Dzieci mogą tego nie rozumieć – właśnie dlatego powinien im to wytłumaczyć rodzic.
Najbardziej uderza reakcja na zwróconą uwagę
W tej historii jest jednak coś jeszcze bardziej niepokojącego. Nie tylko samo demolowanie, ale również sposób, w jaki chłopcy zareagowali na słowa sąsiadki, która próbowała zwrócić im uwagę.
Zamiast zwykłego „przepraszam” czy choćby odejścia od altany, mieli odpowiedzieć opryskliwie, że skoro pozostawione tam rzeczy są niczyje, mogą z nimi robić, co chcą.
To pokazuje problem, który wykracza poza jedną osiedlową altanę. Dziecko musi przecież wiedzieć, że dorosłej osobie, która spokojnie zwraca uwagę na niewłaściwe zachowanie, należy się szacunek. Nie każda uwaga jest atakiem, a dorosły sąsiad nie musi być rodzicem, żeby móc powiedzieć: „Przestańcie to niszczyć”.
Dzieci mają prawo być głośne, bawić się i popełniać błędy. Nie mają jednak prawa traktować wspólnej przestrzeni jak miejsca, w którym nie obowiązują żadne zasady.
Granice nie są wrogiem dziecka
Od lat toczy się dyskusja o tym, jak wychowywać dzieci. O tym, czy karać, czy tłumaczyć, czy stawiać na łagodne rodzicielstwo, czy pozwalać dziecku na większą swobodę.
Tymczasem w wielu takich sytuacjach odpowiedź jest znacznie prostsza. Dziecko potrzebuje granic. Potrzebuje wiedzieć, że pewnych rzeczy się nie robi – nawet jeśli ma na nie ochotę.
Nie niszczymy. Nie śmiecimy. Nie przeszkadzamy innym. Nie wyśmiewamy osoby, która zwraca nam uwagę. Jeśli coś zrobiliśmy źle, potrafimy się przyznać i przeprosić. To nie są przestarzałe zasady. To absolutne podstawy funkcjonowania w społeczeństwie.
Właśnie tutaj zaczyna się rola rodziców. Nie chodzi o to, by kontrolować każdy ruch dziecka. Chodzi o to, by reagować wtedy, gdy przekracza ono granice.
Bo dziecko, któremu nigdy nie mówi się „nie wolno”, wcale nie dostaje w ten sposób większej wolności. Dostaje za to bardzo kiepską lekcję życia – że jego potrzeby, zabawa i wygoda są ważniejsze od innych ludzi.
Trudno oczekiwać szacunku od nastolatka czy dorosłego, jeśli nikt wcześniej nie nauczył go, czym ten szacunek właściwie jest.
Zobacz także:
- Pracownica zgasiła bezczelną matkę jednym zdaniem. Scena z IKEA to dowód, że wychowujemy rozwydrzone pokolenie
- Zaoferowała nastolatkom z osiedla 50 zł za skoszenie trawnika. Ich reakcja? „Śmiali mi się w twarz. Rośnie pokolenie gniazdowników”
- Wysłała 10-latka po zakupy do osiedlowego sklepu. Wrócił z płaczem przez 1 rzecz. „Rośnie nam pokolenie niebieskich ptaków”