Reklama

Przez trzy lata odkładaliśmy z mężem pieniądze na zagraniczne wakacje. Takie porządne, w hotelu 4*. Zawsze było coś ważniejszego – remont, nowa pralka, zajęcia dla dzieci albo niespodziewane wydatki. Kiedy w końcu trafiliśmy na atrakcyjną ofertę wyjazdu do Turcji z opcją all inclusive, uznaliśmy, że dłużej nie ma sensu czekać.

Byliśmy podekscytowani jak dzieci.

– Wyobrażasz sobie? Przez tydzień nie będziemy gotować – śmiał się mój mąż.

– I dzieci w końcu zobaczą ciepłe morze, a nie tylko ten lodowaty Bałtyk – odpowiedziałam.

To miały być nasze pierwsze wakacje w takim standardzie. Nigdy wcześniej nie byliśmy w hotelu z ogromnym bufetem, nielimitowanymi przekąskami i deserami, które wyglądały jak z katalogu. Do tej pory jeździliśmy pod namiot do Stegny, jedliśmy pulpety ze słoików i kiełbaski z grilla.

Chciałam, żeby dzieci spróbowały wszystkiego

Już pierwszego wieczoru weszliśmy do restauracji i dosłownie zaniemówiłam. Stoły uginały się od jedzenia. Były dziesiątki sałatek, grillowane mięsa, świeże owoce, ciasta i desery, których nazw nawet nie znałam.

Największe wrażenie zrobiła na mnie baklawa.

– Mamo, co to jest? – zapytała Hania.

– Nie wiem, ale wygląda przepysznie. Weźmiemy kawałek.

Nałożyłam jeden.

Potem drugi.

– A może jeszcze ten? Przecież szkoda nie spróbować.

Po chwili mój talerz był pełny słodkości. Dzieci zrobiły dokładnie to samo.

– Przecież mamy zapłacone – powiedziałam do męża z uśmiechem. – Nie będziemy sobie odmawiać.

On tylko wzruszył ramionami.

– W sumie racja.

To był dopiero początek.

Zaczęliśmy zachowywać się tak, jakby jedzenie miało zaraz zniknąć

Drugiego dnia przy śniadaniu nakładaliśmy na talerze po kilka rodzajów pieczywa, sery, owoce, naleśniki i ciastka. Przy basenie dzieci co chwilę przynosiły lody, a ja za każdym razem mówiłam:

– Korzystajcie, przecież to wszystko jest w cenie.

Po obiedzie zabieraliśmy do pokoju owoce i ciasteczka, bo wydawało mi się, że mogą przydać się później.

– Schowaj jeszcze dwa banany do torby – szepnęłam do męża. – Dzieci zjedzą na plaży.

Nie widziałam w tym nic złego.

Myślałam, że tak robią wszyscy.

Dopiero trzeciego dnia zauważyłam, że większość gości nakłada niewielkie porcje. Jeśli mieli ochotę na dokładkę, po prostu podchodzili jeszcze raz, z nowym, czystym talerzem.

My natomiast wracaliśmy od bufetu z talerzami, które ledwo mieściły się na stoliku.

Zrobiło mi się strasznie głupio

Wieczorem usiedliśmy na tarasie restauracji. Dzieci pobiegły po desery, a ja nalewałam sobie herbatę. Nagle usłyszałam za plecami cichy głos.

– Przepraszam panią.

Odwróciłam się. Stał za mną kelner.

– Czy mogę o coś poprosić?

– Oczywiście.

Uśmiechnął się bardzo uprzejmie.

– Lepiej nakładać mniejsze porcje. Jeśli będzie pani miała ochotę, zawsze można wrócić po więcej. Szkoda jedzenia.

Spojrzałam na stolik.

Na talerzach moich dzieci zostały kawałki ciast, których nawet nie spróbowały. Obok leżały owoce, których nikt już nie zamierzał zjeść.

Poczułam, jak robi mi się gorąco.

– Bardzo przepraszam – odpowiedziałam cicho.

Kelner skinął głową.

To chyba jeszcze bardziej mnie zawstydziło.

Najważniejszą lekcję dostałam od własnego syna

Kiedy wróciliśmy do pokoju, długo nie mogłam zasnąć. Wciąż myślałam o tej rozmowie. Dopiero rano mój dziesięcioletni Kuba powiedział coś, co zapamiętam na długo.

– Mamo, możemy dziś brać mniej jedzenia?

Spojrzałam na niego zdziwiona.

– Dlaczego?

– Bo wczoraj chciałem spróbować wszystkiego, a potem było mi szkoda wyrzucać. Lepiej wziąć trochę i wrócić drugi raz.

Uśmiechnęłam się.

– Masz rację.

Od tamtej chwili dokładnie tak robiliśmy. Nakładaliśmy niewielkie porcje, wracaliśmy po dokładki i wybieraliśmy tylko to, na co naprawdę mieliśmy ochotę. Okazało się, że dzięki temu jedliśmy spokojniej, próbowaliśmy więcej nowych potraw i nic nie trafiało do kosza.

Pod koniec wyjazdu ten sam kelner zatrzymał się przy naszym stoliku.

– Widzę, że już państwo wiedzą, jak działa all inclusive – powiedział z uśmiechem.

Roześmialiśmy się wszyscy.

Wracając do Polski, zrozumiałam, że największym luksusem na takich wakacjach nie jest możliwość nakładania jedzenia bez ograniczeń. Prawdziwy luksus polega na tym, że nie trzeba się spieszyć ani brać wszystkiego naraz, bo następnego dnia bufet znowu będzie pełny. A moje dzieci dostały przy okazji lekcję, której nie nauczyłby ich żaden przewodnik po Turcji – że z jedzenia warto korzystać z głową, nawet wtedy, gdy wydaje się, że jest go bez końca.

Czytaj także:

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...