Reklama

– Znowu nic nie ma? – głos Jurka dobiegł z przedpokoju, zanim jeszcze zdążył zdjąć buty.

– Co masz na myśli? – zapytałam, choć doskonale wiedziałam, do czego zmierza.

Jurek wszedł do salonu. Spojrzał na mnie, potem na kuchnię. Blat był zasypany butelkami, smoczkami i pustymi opakowaniami.

– No, obiad. Myślałem, że jak siedzi się cały dzień w domu, to można chociaż wstawić zupę. Przecież to tylko kwestia organizacji.

Zacisnęłam zęby. Słyszałam to zdanie już tyle razy. „Siedzenie w domu”. „Tylko kwestia organizacji”. Dla niego mój dzień to były długie godziny leniuchowania, przerywane okazjonalnym podaniem dziecku butelki.

– Jaś dzisiaj płacze od rana. Nie spał prawie w ogóle. Nie miałam jak iść do sklepu, nie mówiąc już o gotowaniu – odpowiedziałam, starając się utrzymać spokojny ton.

– Ola, daj spokój. Moja matka wychowała trójkę dzieci, pracowała i zawsze mieliśmy dwudaniowy obiad na stole. To po prostu kwestia chęci. Wystarczy zaplanować sobie czas, jak mały śpi.

– Jak śpi? – parsknęłam, czując, jak narasta we mnie złość. – On dzisiaj spał dwa razy po piętnaście minut!

– Dobra, dobra. Zamówię pizzę. Znowu. – Westchnął ciężko, jakby był największym męczennikiem na świecie, i wyciągnął telefon.

Czułam, jak krew gotuje mi się w żyłach. Mój mąż naprawdę uważał, że macierzyństwo to sielanka, a ja po prostu nie potrafię sobie poradzić z najprostszymi obowiązkami. Wtedy w mojej głowie zrodził się plan.

Zamiana ról

Następnego dnia, w sobotę, obudziłam się wcześnie rano. Jurek chrapał smacznie obok mnie. Wstałam, ubrałam się, spakowałam do torby książkę, słuchawki i trochę kosmetyków. Następnie napisałam listę zakupów i przykleiłam ją na lodówce. Zrobiłam sobie kawę, usiadłam przy stole i czekałam.

Około ósmej Jaś zaczął kwilić. Jurek obrócił się na drugi bok i naciągnął kołdrę na głowę. Wstałam, wzięłam synka na ręce i położyłam go delikatnie na klatce piersiowej męża.

– Hej, co jest? – mruknął zaspany Jurek.

– Zmiana planów, kochanie – powiedziałam z uśmiechem. – Dzisiaj ty „siedzisz w domu”.

– Co? Gdzie ty idziesz?

– Do fryzjera. Potem na zakupy. Może spotkam się z Anią na kawę. Wrócę późnym popołudniem.

– Zwariowałaś? A co z Jasiem? Przecież ja nie wiem...

– Jesteś inteligentnym facetem, świetnie zorganizowanym. Poradzisz sobie. Na lodówce wisi lista zakupów. Trzeba ugotować obiad. Pamiętaj, to tylko kwestia organizacji – dodałam, puszczając do niego oko.

Zanim zdążył zaprotestować, wzięłam torbę i wyszłam.

Wolność i niepokój

Początkowo czułam się dziwnie. To był mój pierwszy raz od pięciu miesięcy, kiedy wyszłam z domu sama na dłużej niż pół godziny. Kiedy siedziałam u fryzjera, co chwilę zerkałam na telefon. Nie dzwonił.

Potem poszłam do galerii handlowej. Kupiłam sobie nową bluzkę, wypiłam w spokoju gorącą kawę, zjadłam ciastko. Było cudownie. Ale z każdą godziną mój niepokój rósł. Czy Jurek sobie radzi? Czy Jaś bardzo płacze? Czy powinnam wrócić wcześniej?

O czternastej dostałam pierwszego SMS-a: „Gdzie są pampersy?”.

Odpisałam: „W szafce w przedpokoju, tam gdzie zawsze”.

Pół godziny później: „On nie chce jeść. Wypluwa wszystko”.

„Podgrzej mleko, może jest za zimne”.

O szesnastej: „Kiedy wracasz?”.

Postanowiłam potrzymać go jeszcze trochę w niepewności. „Około osiemnastej. Mam nadzieję, że obiad będzie gotowy”.

Nie odpisał.

Krajobraz po bitwie

Kiedy o osiemnastej otworzyłam drzwi do mieszkania, uderzył mnie zapach przypalonego tłuszczu. Z salonu dobiegał głośny płacz Jasia i podniesiony głos Jurka, który próbował go uspokoić, śpiewając jakąś wymyśloną na poczekaniu piosenkę.

Weszłam do kuchni i zamarłam. Wyglądała jak po przejściu tornada. Na podłodze walały się kawałki marchewki, zlew był pełen brudnych naczyń, a na kuchence stał garnek z czymś, co przypominało spaloną breję. Lista zakupów leżała na stole, nietknięta.

Zajrzałam do salonu. Jurek siedział na podłodze, trzymając na rękach zapłakanego Jasia. Mąż miał na koszulce wielką plamę z kaszki, włosy w nieładzie i podkrążone oczy. Wyglądał na wykończonego.

– O, jesteś – powiedział słabo na mój widok.

Podeszłam, wzięłam Jasia na ręce i przytuliłam go. Mały natychmiast się uspokoił, wtulając się w moją szyję.

– Jak ci minął dzień? – zapytałam niewinnie.

Jurek westchnął ciężko i przetarł twarz dłońmi.

– To był koszmar. On w ogóle nie spał. Cały czas płakał. Próbowałem pójść do sklepu, ale jak tylko ubrałem go w kombinezon, to zrobił taką kupę, że musiałem go całego przebierać. Potem znowu był głodny, potem znowu płakał...

– A obiad? Przecież to tylko kwestia organizacji.

Spojrzał na mnie z wyrzutem, ale po chwili spuścił wzrok.

– Przepraszam. Nie miałem pojęcia, że to tak wygląda. Zawsze wydawało mi się, że jak on śpi, to ty masz mnóstwo czasu. Nie wiedziałem, że to wszystko wymaga tyle uwagi i energii.

Zrozumienie

Usiadłam obok niego na podłodze. Jaś cicho ssał swój kciuk, wreszcie zadowolony.

– Macierzyństwo to praca na pełen etat, Jurku. Nie da się wszystkiego zaplanować. Dziecko to nie maszyna, którą można włączyć i wyłączyć. Czasem po prostu nie mam siły na nic więcej poza przetrwaniem dnia.

– Rozumiem. Naprawdę rozumiem. Byłem głupi, gadając te bzdury o organizacji i mojej matce. Zresztą, przypomniałem sobie, że moja mama miała do pomocy babcię, która mieszkała z nami. Ja... ja nie dałem rady nawet ugotować zupy. Przypaliłem ją, bo mały zaczął płakać, poszedłem do niego i zapomniałem o garnku.

Uśmiechnęłam się lekko. Nie chciałam go dobijać. Jego mina mówiła sama za siebie. Lekcja została odrobiona.

– Dobra. Zamówimy pizzę. Znowu – powiedziałam, naśladując jego ton z poprzedniego dnia.

Jurek zaśmiał się nerwowo.

– Tak. A jutro ja sprzątam kuchnię. I zajmuję się małym rano, żebyś mogła odespać.

Zgodziłam się. Wiedziałam, że to nie zmieni wszystkiego jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ale był to krok w dobrą stronę.

Ola, 29 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych wydarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.

Zobacz też:

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...