Reklama

Jestem nauczycielką od ponad 20 lat. Widziałam różne reformy, zmiany programów, nowe pomysły ministerstwa. Zawsze było trudno, ale kiedyś mieliśmy poczucie sensu. Dziś coraz częściej mam wrażenie, że jesteśmy tylko trybikami w systemie, który nie działa, ale udajemy, że wszystko jest w porządku.

Moi znajomi odchodzą po cichu. Jeszcze kilka lat temu mówili: „jakoś dam radę”. Dziś mówią: „mam dość”. Jedna koleżanka, świetna polonistka, pracuje teraz w wydawnictwie. Kolega matematyk – w banku. Inna osoba prowadzi własną działalność i mówi, że pierwszy raz od lat śpi spokojnie w niedzielę.

Oczywiście, wszyscy wspominają o pieniądzach. Bo trudno nie wspomnieć – zarobki są nieadekwatne do odpowiedzialności. Do tego dochodzi biurokracja, która zabiera czas i energię. Dokumenty, sprawozdania, tabelki – często ważniejsze niż realna praca z uczniem.

Ale prawda jest taka, że wielu z nas jeszcze by to wytrzymało. Gdyby nie coś znacznie trudniejszego.

Najbardziej boli brak szacunku

To, co naprawdę wypycha ludzi z tego zawodu, to brak szacunku. I to na wielu poziomach.

Rodzice coraz częściej traktują nauczyciela jak przeciwnika, a nie partnera. Każda ocena jest analizowana, podważana, negocjowana. Zdarza się, że słyszymy: „moje dziecko nie mogło tego nie umieć”, „to pani źle tłumaczy”, „proszę poprawić tę ocenę, bo się nie zgadzam”.

Spotkania z rodzicami coraz częściej przypominają konfrontacje. Zamiast rozmowy o dziecku – rozliczanie nauczyciela. Zamiast współpracy – podejrzliwość.

Do tego dochodzą dzieci, które funkcjonują w świecie bez granic. Coraz częściej słyszę: „nie chce mi się”, „to bez sensu”, „i co mi pani zrobi?”. Brak konsekwencji w domu bardzo szybko widać w szkole. A my nie mamy narzędzi, żeby to zmienić.

Nie chodzi o to, że dzieci są „gorsze”. One po prostu są wychowywane w innym świecie. Problem w tym, że szkoła nie nadąża za tymi zmianami, a nauczyciel zostaje z tym sam.

I tak stoimy między młotem a kowadłem – między wymaganiami systemu a oczekiwaniami rodziców. A gdzieś po drodze gubi się sens tej pracy.

Presja, o której nikt nie mówi

Mało kto widzi, ile odpowiedzialności ponosimy każdego dnia. Nie tylko za wyniki uczniów, ale za ich bezpieczeństwo, emocje, relacje. Każde słowo może zostać źle odebrane, każde działanie – ocenione i skomentowane.

Do tego dochodzi presja bycia „idealnym”. Nauczyciel ma być jednocześnie pedagogiem, psychologiem, mediatorem, organizatorem, a czasem nawet zastępować rodzica. I wszystko to w klasie liczącej kilkadziesiąt osób, z których każda ma inne potrzeby.

Wracam do domu i nie zawsze potrafię „wyłączyć głowę”. Myślę o uczniach, o sytuacjach z lekcji, o tym, co mogłam zrobić inaczej. A potem otwieram dziennik elektroniczny i widzę kolejne wiadomości od rodziców – często pisane późnym wieczorem, z oczekiwaniem natychmiastowej odpowiedzi.

Granice między pracą a życiem prywatnym właściwie przestały istnieć.

Kocham uczyć, ale coraz częściej nie daję rady

Najtrudniejsze jest to, że ja naprawdę lubię tę pracę. Lubię moment, kiedy uczeń coś zrozumie. Lubię widzieć postępy, zaangażowanie, błysk w oku. To daje ogromną satysfakcję.

Ale tych momentów jest coraz mniej, a zmęczenia – coraz więcej.

W niedzielny wieczór, zamiast odpoczywać, czuję narastający lęk. Myślę o poniedziałku i robi mi się niedobrze. Zdarza się, że chce mi się płakać, choć przecież jeszcze niedawno cieszyłam się na kolejne lekcje.

I wtedy naprawdę zaczynam rozumieć tych, którzy odeszli. Nie dlatego, że byli słabi. Tylko dlatego, że chcieli normalnie żyć.

Coraz częściej zadaję sobie pytanie, jak długo jeszcze dam radę. Bo pasja to jedno, ale człowiek ma swoje granice.

Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz także: „Nie wszystko kręci się wokół wygody ucznia”. Nauczycielka ma 1 radę dla roszczeniowych rodziców

Reklama
Reklama
Reklama