Reklama

Rozpoczęcie szkoły to spore przeżycie nie tylko dla pierwszoklasistów, ale również dla ich rodziców. Nic dziwnego, że wielu z nich chce na początku dobrze poznać nauczyciela i ustalić zasady współpracy.

Do naszej redakcji napisała mama siedmiolatka, która po pierwszym spotkaniu z wychowawczynią miała jednak zupełnie inne odczucia. Jej zdaniem nauczycielka już na starcie potraktowała rodziców jak potencjalny problem i postanowiła jasno zaznaczyć, czego sobie nie życzy.

Proszę o anonimowość, bo mój syn dopiero zaczyna szkołę i nie chcę, żeby moja wiadomość w jakikolwiek sposób odbiła się na nim. Wiem, że dopiero poznajemy wychowawczynię i być może powinnam dać jej szansę, ale po tym pierwszym spotkaniu zostało we mnie bardzo nieprzyjemne wrażenie.

„Mam nadzieję, że nie będzie pani jedną z tych matek”

Mój syn od września jest pierwszoklasistą, więc bardzo przeżywałam rozpoczęcie szkoły. Ja zresztą również, bo wiadomo, że człowiek chce wiedzieć, pod czyją opieką będzie jego dziecko. Poszłam na spotkanie z wychowawczynią 1 września z nastawieniem, że poznamy najważniejsze zasady, dowiemy się, jak będzie wyglądała komunikacja i czego nauczycielka od nas oczekuje.

Początek był zupełnie normalny. Pani powiedziała kilka słów o sobie, opowiedziała o klasie i zaczęła mówić o kontakcie z rodzicami. Zadałam jej pytanie o to, jak można się z nią kontaktować konkretnie, a ona spojrzała na mnie i powiedziała: „Mam nadzieję, że nie będzie pani jedną z tych matek, które piszą do nauczyciela wieczorami z pytaniami o każdą ocenę”.

Pomyślałam wtedy, że może źle usłyszałam. Ale ona mówiła dalej.

„Nie jestem dostępna 24 godziny na dobę”

Nauczycielka tłumaczyła, że nie życzy sobie wiadomości po godzinach pracy i że rodzice muszą nauczyć się szanować jej czas prywatny. Z jednej strony oczywiście rozumiem, że nauczyciel ma swoje życie i nie musi odpisywać rodzicom o 21 czy 22. Sama nie oczekuję, że będzie dostępna przez całą dobę.

Problem polegał na tym, że ona mówiła do nas tak, jakbyśmy już coś zrobili. Jakbym ja coś zrobiła. Przecież dopiero się poznaliśmy. Nikt jeszcze nie napisał do niej żadnej wiadomości, nikt nie pytał o oceny, nikt nie miał do niej pretensji.

Miałam wrażenie, że zamiast powiedzieć spokojnie: „Kontaktujmy się w godzinach pracy, a na wiadomości będę odpowiadała w określonym czasie”, od razu ustawiła nas po drugiej stronie barykady.

„Czy naprawdę musiała powiedzieć to w taki sposób?”

Nie chcę rozkręcać afery pierwszego dnia szkoły. Być może nauczycielka miała wcześniej złe doświadczenia z rodzicami i dlatego od razu chciała wszystko jasno ustalić. Jestem nawet w stanie to zrozumieć. Sama jednak nie chciałabym być oceniana przez pryzmat zachowania innych osób.

Najbardziej boli mnie chyba sposób, w jaki to zostało powiedziane. Można być stanowczym i jednocześnie uprzejmym. Można powiedzieć rodzicom, że nauczyciel nie odpowiada wieczorami, bez sugerowania, że za chwilę ktoś będzie wysyłał wiadomości o każdej ocenie.

Mam nadzieję, że to był po prostu niefortunny początek i z czasem nasze relacje będą wyglądały inaczej. Nie chcę przecież, żeby mój syn przez cały rok miał problemy z wychowawczynią tylko dlatego, że jego mama poczuła się urażona podczas pierwszego spotkania.

Ale przyznam szczerze, że wychodząc ze szkoły, pomyślałam tylko: „No pięknie. Jeszcze się rok szkolny na dobre nie zaczął, a już boję się odezwać”.


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz także:

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...