Rodzice płacą, żeby ich dzieci spały na dworze. „Córka codziennie wraca brudna i szczęśliwa”
Czy dziecko powinno codziennie taplać się w błocie, wspinać na drzewa i spędzać większość dnia na dworze, nawet gdy pada deszcz? Jeszcze kilkanaście lat temu takie pytanie zadane w Polsce brzmiałoby absurdalnie. Dziś coraz więcej rodziców za to płaci.

Leśne przedszkola już nie kojarzą się wyłącznie ze Skandynawią i osobliwymi – z punktu widzenia Polaków – zasadami wychowywania dzieci. Dziś powstaje ich coraz więcej również w Polsce. Dzieci spędzają niemal cały dzień na świeżym powietrzu, niezależnie od pogody.
Zamiast plastikowych zabawek, mają patyki, kamienie, liście i błoto. Uczą się rozpalać ognisko pod okiem opiekunów, budować szałasy, obserwować owady i poznawać przyrodę wszystkimi zmysłami. Zwolennicy przekonują, że taki model rozwija samodzielność, odporność i kreatywność. Brzmi idyllicznie? Nie dla wszystkich.
„Po tym, co usłyszałam, od razu zrezygnowałam”
– Chciałam zapisać tam Oliwierka. Wydawało mi się, że to świetna alternatywa dla tradycyjnego przedszkola. Potem spotkałam znajomą, której córka chodzi do takiej placówki. Opowiadała, że dzieci praktycznie codziennie wracają całe ubłocone, mokre, że siadają na ziemi, nawet kiedy jest zimno. Powiedziała też, że zdarzają się odpoczynki na świeżym powietrzu, pod wiatą albo że dzieci leżakują w hamakach, jeśli pogoda na to pozwala. To kompletnie nie jest dla mnie – mówi Karolina, mama 4-letniego Oliwiera.
Najbardziej zaniepokoiło ją jednak coś innego.
– Usłyszałam, że kiedy dzieci znajdą kałużę, wychowawcy wręcz je zachęcają, żeby sobie po nich skakały, bo „pozwalają doświadczać świata”. Ja rozumiem ideę swobodnej zabawy, ale są jakieś granice. Nie chcę odbierać syna codziennie przemoczonego od stóp do głów i zastanawiać się, czy następnego dnia nie będę musiała brać w pracy zwolnienia, żeby latać po lekarzach. Pić z kałuży też im pozwalają? – pyta ironicznie.
„To nie jest zaniedbanie. To dzieciństwo”
Zupełnie inaczej patrzy na to Natalia, mama pięcioletniej Hani.
– Moja córka chodzi do leśnego przedszkola drugi rok. Tak, wraca brudna. Tak, skacze po kałużach, lepi z błota, wspina się na powalone pnie i buduje szałasy. Ale wraca też szczęśliwa, pewna siebie i zachwycona każdym dniem. To zupełnie inna dziewczynka: już nie jest cichą szarą myszką, jest odważna, gotowa do podboju świata.
Jak podkreśla, rodzice od początku wiedzą, na czym polega taka edukacja.
– Dzieci mają nieprzemakalne kombinezony, odpowiednie buty i ubrania na zmianę. Nikt nie każe im marznąć. Jeśli pogoda jest jakimś zagrożeniem, bo są burze na przykład, zajęcia są odpowiednio organizowane. To nie jest survival, tylko przemyślana edukacja oparta na kontakcie z naturą.
Dodaje, że córka znacznie rzadziej choruje niż wcześniej.
– Wiele osób widzi tylko to błoto. Ja widzę dziecko, które nie boi się owadów, potrafi rozpalić ognisko z pomocą dorosłych, rozpoznaje drzewa i godzinami potrafi bawić się bez tabletu.
„To bardziej moda rodziców niż potrzeba dzieci”
Znacznie bardziej krytyczna jest pani Ewa, mama sześciolatka.
– Mam wrażenie, że leśne przedszkola są trochę jak kawa specialty albo chleb na zakwasie z rzemieślniczej piekarni za 20 zł. To moda dla dorosłych nowobogackich, którzy chcą wychowywać dzieci „bliżej natury”. Tylko że czasami mam wrażenie, że zapominają o zdrowym rozsądku.
Przyznaje, że rozważała zapisanie syna do takiej placówki.
– Byłam na dniu otwartym, bo mnie to ciekawiło. Dzieci siedziały na pniach zamiast na krzesłach, jadły posiłek na dworze, chwilę później tarzały się po mokrej trawie i błocie. Dla jednych to hartowanie. Dla mnie – niepotrzebne ryzyko. Wiem też, że dzieci uczą się używać prostych narzędzi, takich jak małe nożyki do strugania patyków, oczywiście pod nadzorem. Rozumiem, że ma to uczyć odpowiedzialności, ale nie potrafiłabym się z tym pogodzić.
Leśne przedszkola nie są dla każdego
Leśne przedszkola nie są eksperymentem ani miejscem, gdzie dzieci pozostawia się samym sobie. Działają zgodnie z podstawą programową wychowania przedszkolnego, a ich filozofia opiera się na jak najczęstszym przebywaniu na świeżym powietrzu, samodzielności i nauce przez doświadczenie.
To jednak jeden z tych tematów, przy których trudno o kompromis. Jedni widzą dzieciństwo, którego dziś brakuje – pełne błota, patyków i wspinania się na drzewa. Inni patrzą na te same obrazki i zastanawiają się, czy w pogoni za naturą nie zapominamy, że nie każde dziecko odnajdzie się w takim środowisku.
Być może właśnie dlatego leśne przedszkola wzbudzają dziś tyle emocji – bo nie są tylko wyborem placówki. Są wyborem konkretnej filozofii wychowania.
Zobacz także:
- To najgorsze, co widziała podczas dyżuru w przedszkolu. „4-latek telefon umie obsłużyć, ale załatwia się do pieluchy”
- Jej syn nie dostał się do publicznego przedszkola. „System nagradza nierobów, a karze uczciwych ludzi”
- Leoś wrócił z przedszkola głodny. „Nie dali mi obiadu, bo mnie nie zauważyli”. Reakcja mamy może zdziwić