Jedna z matek postanowiła włożyć kij w mrowisko i rzuciła prosto z mostu pytanie skierowane w szczególności do rodziców chłopców. Zapytała ich bez ogródek, jak bardzo trzeba nienawidzić własnego dziecka, żeby kupować mu hulajnogę elektryczną. Tych kilka słów wystarczyło, żeby na forum rozpętało się prawdziwe piekło, a lawina komentarzy ruszyła z siłą, której nikt się nie spodziewał.

WIDEO…

player placeholder

Reakcja społeczności była natychmiastowa i niezwykle emocjonalna. Część osób poczuła się głęboko dotknięta tak agresywnie postawioną tezą, jednak ku mojemu zaskoczeniu, bardzo duża grupa kobiet przyznała autorce całkowitą rację. W dyskusji szybko pojawiły się głosy, że oburzenie pod postem wynika głównie z poczucia winy tych dorosłych, którzy już taki sprzęt do domu przynieśli. Jedna z komentujących mam napisała wprost: „Widzę, że mamuśki dzieci (nieszczęśliwie) posiadających hulajnogi – zapiekło... I słusznie! Pytanie całkiem zasadne, a porównania do auta itp. totalnie bez sensu. Chrońcie swoje dzieci i nie pozwalajcie im tym badziewiem jeździć”.

Dlaczego dorośli ulegają presji i kupują niebezpieczne zabawki?

Wiele osób zaczęło się głęboko zastanawiać nad mechanizmem, który popycha nas do kupowania dzieciom prezentów generujących tak ogromne ryzyko. Kolejna mama poparła autorkę wpisu, pisząc bez owijania w bawełnę: „Bardzo dobre pytanie, a oburzenie w komentarzach to zapewne tylko tych rodziców, którzy kupili i mają gdzieś bezpieczeństwo swoich dzieci, taka prawda”. To bolesna diagnoza, ale dotyka bardzo ważnego problemu, z którym mierzy się współczesne rodzicielstwo, czyli ulegania presji otoczenia i rówieśników. Często kupujemy coś tylko dlatego, że dziecko boi się odrzucenia. Zamiast trudnej rozmowy i postawienia twardej granicy, wolimy ulec dla świętego spokoju.

Zobacz także:

Wątek psychologiczny i lęk przed brakiem akceptacji to jednak tylko jedna strona medalu. Najbardziej przerażające w całej dyskusji okazały się głosy osób, które same na co dzień korzystają z takich pojazdów i doskonale wiedzą, czym grozi oddanie ich w ręce kilkulatka czy nastolatka. Głos w dyskusji zabrała kobieta, która sama jest właścicielką elektrycznego jednośladu i jej perspektywa rzuca zupełnie nowe światło na całą sprawę. Pokazała ona brutalną rzeczywistość: „Może rodzice nie potrafią dziecku wytłumaczyć decyzji, dlaczego się na to nie zgadzają? Sama posiadam taką hulajnogę. Nigdy w życiu dziecku bym nie kupiła! To tak targa, że czasem trudno utrzymać. Jaką rozwija prędkość? 60 km/h! (Tak, wiem, nielegalnie, ale dzieciaki znają doskonale sztuczki na odblokowanie). Bardzo łatwo stracić na tym równowagę... Wiecie, co może zdarzyć się podczas wywrotki na tym czymś przy takiej prędkości?”.

Zdejmując blokadę, młodzi ludzie zamieniają niewinną zabawkę w prawdziwą maszynę do robienia krzywdy. Robią to nielegalnie, korzystając z prostych sztuczek znalezionych w internecie, którymi chętnie dzielą się z kolegami na szkolnym korytarzu. Na tak małych kółkach, przy tak ogromnej prędkości, utrata stabilności to kwestia ułamka sekundy. Wystarczy mały kamień, nierówność na chodniku albo chwila nieuwagi, by doszło do tragedii. Obrażenia po takich wypadkach lekarze na oddziałach urazowych porównują często do skutków poważnych wypadków motocyklowych.

Co tak naprawdę przeraża nauczycieli i lekarzy na polskich drogach?

Statystyki medyczne i policyjne nie kłamią, a widok dzieci pędzących bez kasków po miejskich chodnikach stał się już smutną codziennością. Często na jednym podeście stoi dwójka małych przyjaciół, co drastycznie ogranicza możliwość jakiegokolwiek manewru w sytuacji zagrożenia. Przepisy prawa co prawda próbują regulować te kwestie, ale w praktyce egzekwowanie ich na osiedlowych alejkach graniczy z cudem.

Rodzice kupują te urządzenia jako komunijne prezenty czy nagrody za dobre wyniki w nauce, zupełnie odcinając się od myśli o potencjalnych konsekwencjach. Zachowują się tak, jakby plastikowy gadżet na baterię miał magiczną tarczę ochronną, która uchroni ich syna lub córkę przed zderzeniem z krawężnikiem czy betonowym murem.

W całej tej napiętej atmosferze na forum pojawił się również inny, niezwykle ciekawy punkt widzenia, który pokazuje, że problem z odpowiedzialnością dorosłych ma znacznie szerszy zasięg i nie ogranicza się tylko do nowoczesnych gadżetów. Jedna z uczestniczek dyskusji postanowiła odbić piłeczkę i napisała prosto z mostu: „A ja mam inne pytanie. Jak bardzo trzeba nie kochać swoich dzieci, żeby olewać zapinanie w foteliku? Bo pod moją szkołą to jakaś tradycja. Zresztą nie tylko pod moją”. Ten głos w dyskusji idealnie punktuje naszą rodzicielską hipokryzję, bo bardzo często szukamy sensacji w nowych zagrożeniach, jednocześnie lekceważąc podstawowe zasady bezpieczeństwa, które znamy od lat.

Podwożenie pociechy do szkoły bez zapiętych pasów, bo to przecież tylko kilkaset metrów lokalną drogą, niesie za sobą dokładnie takie samo ryzyko, jak pozwolenie mu na samotny rajd elektrycznym jednośladem. W obu przypadkach mamy do czynienia z tą samą biernością i bezmyślnością dorosłych, którzy przedkładają własną wygodę lub pośpiech nad zdrowie i życie tych, za których są prawnie i moralnie odpowiedzialni. Dyskusja w internecie jasno pokazuje, że jako rodzice musimy zacząć rozmawiać o bezpieczeństwie bez owijania w bawełnę i bez szukania tanich usprawiedliwień.

Granica między miłością a chęcią przypodobania się dziecku

Konflikt wokół zakupu hulajnóg elektrycznych doskonale obnaża współczesny dylemat: gdzie kończy się spełnianie dziecięcych marzeń, a zaczyna zwykła nieodpowiedzialność? Często ulegamy płaczom i prośbom, bo nie chcemy być w oczach naszych dzieci tymi złymi rodzicami, którzy ciągle czegoś zabraniają. Chętnie zapewniamy im status w grupie rówieśniczej i sprawiamy, by czuły się radosne i nowoczesne. Zapominamy jednak przy tym, że naszą główną rolą nie jest bycie najlepszym kumplem, który na wszystko pozwala, ale mądrym przewodnikiem, który potrafi powiedzieć „nie”, kiedy w grę wchodzi realne zagrożenie zdrowia.

Warto zadać sobie pytanie, czy kupując tak drogie i szybkie urządzenia, na pewno robimy to dla dobra dziecka, czy może po to, by zrekompensować mu brak wolnego czasu albo po prostu podnieść własny status w oczach innych rodziców. Odmowa zakupu i spokojne, rzeczowe wyjaśnienie dziecku, dlaczego podjęliśmy taką decyzję, wymaga od nas znacznie większego wysiłku i zaangażowania niż wyciągnięcie karty płatniczej w sklepie z elektroniką. Wymaga to stanięcia twarzą w twarz z dziecięcym rozczarowaniem i złością, ale to właśnie na tym polega dojrzała i odpowiedzialna miłość.

Burzliwy wpis z internetowego forum powinien być dla nas wszystkich ważnym ostrzeżeniem i impulsem do refleksji, zanim ulegniemy kolejnej modzie na niebezpieczne gadżety. Bezpieczeństwo naszych dzieci nie ma swojej ceny i nie powinno być kartą przetargową w walce o popularność na podwórku. Czasami najwspanialszym dowodem miłości, jaki możemy dać swojemu dziecku, jest po prostu twarde i nieznoszące sprzeciwu nie, nawet jeśli w danym momencie wywoła ono potok łez. W ostatecznym rozrachunku chodzi przecież o to, by nasze dzieci wracały ze szkoły całe i zdrowe, a nadrzędnym celem rodzica powinno być ich bezpieczeństwo, a nie poklask otoczenia.

Zobacz też: Zobaczyła, co wyprawia mały kukiriniarz na osiedlu. „Rodzice powinni zapaść się pod ziemię”