Kiedy patrzę na współczesne dzieciaki biegające po placach zabaw czy zgarbione pod ciężarem szkolnych plecaków, zastanawiam się, z jakim bagażem emocjonalnym wejdą w swoje dorosłe życie. Żyjemy w czasach, które od najmłodszych lat fundują maluchom bezwzględny wyścig szczurów – mają być najbystrzejsze w przedszkolu, najszybsze na WF-ie i idealnie radzić sobie z każdą nową technologią. Nic dziwnego, że jako rodzice podświadomie łapiemy się na próbach chronienia naszych pociech przed każdym, nawet najmniejszym potknięciem.

WIDEO…

player placeholder

Sama przez długi czas błądziłam w tym temacie, panicznie bojąc się momentów, w których moje dziecko zapłacze nad zepsutą wieżą z klocków lub wróci ze szkoły ze smutną miną po przegranym meczu. Moje całe rodzicielskie podejście wywróciło się do góry nogami dopiero po długiej rozmowie z zaprzyjaźnioną psycholożką dziecięcą, która uświadomiła mi fundamentalną prawdę. Naszym celem nie jest zbudowanie świata, w którym dziecko nigdy nie upadnie, ale nauczenie go, jak ma wstać z podniesioną głową, gdy ten upadek już nastąpi.

To właśnie wtedy poznałam genialną w swojej prostocie metodę nazywaną w kręgach specjalistów zasadą „trzech zdań”, która działa na dziecięcy układ nerwowy niczym najmocniejsza tarcza ochronna na całe dorosłe życie.

Zobacz także:

Dlaczego współczesne dzieci panicznie boją się porażki i krytyki?

Żeby w pełni zrozumieć terapeutyczną moc tego psychologicznego patentu, musimy najpierw uczciwie przyjrzeć się temu, jak my, dorośli, reagujemy na codzienne niepowodzenia naszych dzieci. Bardzo często w odruchu czystej, rodzicielskiej miłości staramy się natychmiast zagłuszyć smutek malucha, rzucając szybkie i destrukcyjne sformułowania w stylu: „Nie płacz, nic się nie stało” albo „Przecież to tylko głupia zabawka, kupimy nową”. Robimy to w dobrej wierze, chcąc szybko przywrócić uśmiech na dziecięcej buzi, ale dla małego mózgu taki komunikat jest jasnym sygnałem, że jego trudne emocje są czymś złym i nieważnym.

Dziecko, którego żal jest ignorowany, zaczyna powoli zamykać się w sobie i budować w głowie niebezpieczne przekonanie, że rodzice akceptują je tylko wtedy, gdy jest radosne, bezproblemowe i odnosi sukcesy. Każde kolejne potknięcie w szkole czy grupie rówieśniczej zaczyna urastać w jego oczach do rangi gigantycznej katastrofy, która zagraża jego poczuciu bezpieczeństwa. W ten sposób rodzi się lęk przed porażką, paraliżujący kreatywność i niszczący naturalną pewność siebie. Psychologowie stawiają sprawę jasno: odporność psychiczna dziecka rodzi się w momencie, gdy pozwalamy mu przeżyć frustrację, będąc obok niego mądrym, nienarzucającym się przewodnikiem.

Czym dokładnie jest zasada trzech zdań i dlaczego zachwyca ekspertów?

Ta prosta metoda polega na konsekwentnym i spokojnym wypowiadaniu trzech konkretnych komunikatów w momencie, gdy nasze dziecko mierzy się z trudną sytuacją, kryzysem lub silnym wybuchem złości. Pierwsze zdanie, które powinno paść z naszych ust, brzmi: „Widzę, że jest ci teraz bardzo trudno i masz pełne prawo czuć się smutny albo wściekły”. To zdanie natychmiast waliduje emocje malucha, zdejmując z niego poczucie winy – dziecko dowiaduje się, że złość czy żal są normalnymi reakcjami, a dom jest przestrzenią, gdzie można je bezpiecznie wyrazić.

Drugim krokiem, który buduje niewidzialną zbroję w sercu dziecka, jest wypowiadanie słów: „Jestem tutaj tuż obok ciebie i nigdzie się nie wybieram”. To proste zdanie daje potężne, bezwarunkowe poczucie bezpieczeństwa, pokazując, że nasza miłość nie zależy od tego, czy dziecko jest akurat grzeczne, czy właśnie przeżywa emocjonalny kryzys.

Całość tego rytuału domyka trzecie zdanie, które przerzuca pomost w stronę przyszłości: „Wierzę, że razem sobie z tym poradzimy, kiedy tylko będziesz na to gotowy”. Ten komunikat nie wyręcza dziecka z rozwiązania problemu, nie naprawia za niego popsutej zabawki, ale daje mu gigantyczną siłę i wiarę, że żadna życiowa porażka nie jest sytuacją bez wyjścia.

Jak wdrożyć te słowa do codziennego życia, by budować pewność siebie u dziecka?

Wprowadzenie tej metody do domowej codzienności wymaga od nas, rodziców, ogromnej samokontroli i cierpliwości. Kiedy dziecko wpada w szał na środku pokoju, naszym pierwszym odruchem bywa krzyk lub chęć ucieczki, tymczasem zasada trzech zdań wymaga absolutnego spokoju i zejścia do poziomu oczu malucha. Musimy fizycznie pokazać dziecku naszą dostępność – usiąść obok na dywanie, dotknąć ramienia lub mocno przytulić, jeśli wyrazi na to zgodę, i wypowiedzieć te słowa cichym, stabilnym głosem.

Rodzice, którzy zdecydowali się na zastąpienie tradycyjnych kar i krzyków tą właśnie praktyką, już po kilku tygodniach przecierają oczy ze zdumienia, widząc, jak diametralnie zmienia się zachowanie ich pociech. Dzieci wychowywane w duchu pełnej akceptacji swoich stanów emocjonalnych znacznie szybciej się wyciszają, rzadziej wpadają w stany histerii i przede wszystkim – przestają bać się popełniania błędów. Idą przez szkolne korytarze i place zabaw z podniesioną głową, bo wiedzą, że ewentualne niepowodzenie nie definiuje ich wartości jako człowieka.

Podarowanie dziecku takiego fundamentu to najpiękniejszy prezent, jaki możemy mu wręczyć, budując mu bezpieczną przystań na całe dorosłe życie.

Zobacz też: Kasjerka zwróciła uwagę rozwydrzonemu 7-latkowi. Riposta dziecka zamurowała całą kolejkę w Lidlu. „Chamstwo to mało powiedziane”