Moja mama, kobieta o ogromnej empatii i tradycyjnym podejściu do wychowania, z oburzeniem opowiedziała mi o sytuacji, której była świadkiem. Stała na jednym z głównych, zatłoczonych przystanków autobusowych, tuż obok dużego marketu spożywczego, gdy na jej oczach rozegrał się dramat. Obok niej czekała na transport kobieta z synem, chłopcem na oko dwunastoletnim. To, co wydarzyło się między nimi w ciągu zaledwie trzech minut, sprawiło, że postronni pasażerowie dosłownie zamarli. Chłopak potraktował swoją rodzoną matkę w sposób, który przekracza wszelkie granice bezczelności.

WIDEO…

player placeholder

Dlaczego współczesne dzieci nie mają szacunku dla rodziców?

Zaczęło się od wielkich, papierowych toreb wypchanych zakupami, z którymi ta kobieta ledwo wyszła ze sklepu. Była skromnie ubrana, ewidentnie zmęczona, a grube uszy toreb wręcz wpijały się w jej dłonie. Chłopak tymczasem szedł obok z założonymi rękami, całkowicie odcięty od rzeczywistości, wpatrzony w ekran smartfona. Kiedy podeszli do wiaty przystankowej, zza zakrętu wyłonił się opóźniony autobus, a kobieta, ledwo dysząc, zwróciła się do niego cichym głosem: „Antek, proszę cię, weź chociaż jedną torbę, bo zaraz urwą mi się ręce”. Odpowiedź dwunastolatka zwaliła z nóg wszystkich wokół. Chłopak nawet nie schował telefonu, tylko fuknął z pretensją w głosie: „Nie chciałaś kupić samochodu, to teraz masz. Sama sobie to dźwigaj, ja nie będę targał zakupów autobusami!”.

Gdy kobieta, czerwieniąc się ze wstydu, próbowała cicho powiedzieć, że przecież zbiera pieniądze i na razie ich nie stać, młody człowiek tylko machnął ręką i dodał z drwiną: „To twój problem. Wszyscy z klasy jeżdżą autami, a ja muszę stać na deszczu”. Ludzie zaczęli wymieniać zszokowane spojrzenia, a biedna kobieta nie powiedziała ani słowa. Nie nakrzyczała na niego, nie zabrała telefonu, nie wyciągnęła konsekwencji. Po prostu ze spuszczoną głową, ignorowana przez własne dziecko, podniosła z ziemi ciężkie pakunki i potulnie wsiadła za nim do autobusu.

Zobacz także:

Jak bezradność rodziców napędza roszczeniowość u nastolatków?

Ta bulwersująca scena idealnie obrazuje zjawisko, przed którym psychologowie dziecięcy ostrzegają od lat. Pod hasłami o budowaniu wolności i bezwarunkowej miłości, niepostrzeżenie wychowaliśmy pokolenie małych, domowych tyranów, którzy traktują swoich najbliższych jak bezpłatną, posłuszną służbę. Najbardziej przerażające w opowieści mojej mamy nie było jednak zachowanie samego chłopca – bo dzieci w tym wieku testują granice na tyle, na ile im na to pozwalamy. Prawdziwy ból i grozę budzi absolutna, paraliżująca bezradność tej matki. Ta kobieta, dając synowi wszystko, co najlepsze, kupując drogie gadżety i zdejmując z jego ramion każdy możliwy ciężar, potulnie zgodziła się na rolę ofiary we własnym domu.

Przegraliśmy jako rodzice na całej linii, jeśli pomyliliśmy miłość z całkowitym brakiem wymagań i uległością wobec dziecięcej agresji słownej oraz rażącego braku empatii. Ten dwunastolatek doskonale wiedział, że może ukarać matkę swoim fochem i upokorzyć ją publicznie za to, że rodzina nie posiada statusu materialnego, o jakim marzy. On uczy się, że dorosły człowiek, który kocha, to człowiek, od którego można tylko wymagać, a gdy nie spełnia zachcianek – można go bezkarnie deptać i karać ignorancją. W ten sposób, zamiast mądrego młodego człowieka, hodujemy skrajnego egoistę, który w dorosłym życiu nie poradzi sobie z żadną relacją partnerską czy zawodową.

Co zrobić, gdy widzimy agresywne zachowanie dziecka w miejscu publicznym?

Moja mama do dzisiaj nie może sobie wybaczyć, że w tamtej sekundzie nie zareagowała głośno i nie skomentowała zachowania tego chłopca, by stanąć w obronie upokorzonej kobiety. Strach przed wtrącaniem się w cudze sprawy sprawił, że cała grupa pasażerów po prostu odwróciła wzrok, udając, że nic się nie stało. A to właśnie nasza społeczna obojętność daje takim dzieciom paliwo do dalszego działania.

Czas najwyższy zerwać z poprawnością polityczną, która każe nam milczeć w takich sytuacjach. Wychowanie dziecka to nie jest prywatna sprawa zamknięta w czterech ścianach, kiedy jego efekty zaczynają ranić innych ludzi i niszczyć elementarny szacunek społeczny. Musimy jako rodzice odzyskać swój głos, odzyskać odwagę do mówienia słowa „nie” i przestać bać się frustracji naszych dzieci. Kochać to znaczy także wymagać, uczyć wdzięczności i szacunku do drugiego człowieka, bez względu na to, czy jest to pani w sklepie, nauczyciel w szkole, czy zmęczona mama niosąca rano ciężkie torby z zakupami. 

Zobacz też: „Podejrzałam męża, gdy wstał w nocy nakarmić córeczkę. Żałuję, że wcześniej nie wiedziałam, z kim biorę ślub”