Norweski patent na wychowanie empatycznych dzieci. Polscy rodzice opluliby się herbatą. „Wszyscy albo nikt”
Jedna twarda zasada panująca w skandynawskich szkołach wywołuje wśród wielu polskich rodziców potężne oburzenie. Bezwzględna reguła, która raz na zawsze likwiduje problem szkolnych klik i samotności najmłodszych, zmusza dorosłych do całkowitej zmiany myślenia o dziecięcych imprezach.

Obserwowanie dzieci na placach zabaw czy w szkolnych szatniach daje dużo do myślenia. Korytarzowy hejt i tworzenie zamkniętych grupek zaczynają się o wiele wcześniej, niż nam się wydaje. A efekt? Przykry i smutny, zarówno dla dzieci, jak i ich rodziców.
Ostatnio od koleżanki, która mieszka na Północy, usłyszałam o systemie, który bardzo mnie zaskoczył. To swoisty norweski patent na wychowanie empatycznych dzieci. Myślę, że wielu polskich rodziców oplułoby się herbatą z wrażenia, gdyby usłyszeli o tym rozwiązaniu. Skandynawowie wprowadzili w szkołach i przedszkolach prostą regułę: „Wszyscy albo nikt”. Ta zasada stawia jasne wymagania dorosłym, którzy często przymykają oko na to, że dzieci odrzucają słabszych rówieśników. Słuchałam o tym z zapartym tchem i poczułam żal, że w Polsce wciąż jeszcze za rzadko uczy się maluchy wrażliwości na emocje innych.
Koniec z płaczem w kącie. Jak działa zasada urodzinowa na Północy?
Żeby zrozumieć, dlaczego ten system wywołuje tak duże dyskusje na internetowych forach, musimy przyjrzeć się organizacji typowych dziecięcych urodzin. W Polsce nikogo nie dziwi widok, gdy mały jubilat rozdaje zaproszenia wybranym osobom w klasie, ostentacyjnie omijając nielubianą dziewczynkę czy cichego chłopca.
W Norwegii takie zachowanie na terenie szkoły byłoby niemożliwe. Tamtejsza reguła mówi jasno: jeśli dziecko chce przynieść zaproszenia do klasy, musi zaprosić absolutnie wszystkich. Nie ma opcji, że z całej grupy pomija się jedną lub dwie osoby tylko dlatego, że są mniej przebojowe, gorzej ubrane albo mają trudniejszy charakter. To prosta walka z wykluczeniem rówieśniczym, która rozwiązuje problem samotności.
Zderzenie kultur i opór rodziców. Czy można zmusić do przyjaźni?
Kiedy temat tej norweskiej zasady pojawia się w dyskusjach na polskich grupach dla mam, natychmiast wybucha burza. Rodzice u nas uważają, że ich dom to ich twierdza, budżet ma swoje granice, a dziecko ma prawo decydować, kogo lubi, a kogo nie. Na argument, że pomijany maluch bardzo to przeżywa, często odpowiada się krótko: życie jest brutalne i trzeba się uodparniać od małego.
Mamy w internecie piszą, że zmuszanie kilkulatka do zapraszania kogoś, za kim nie przepada, to błąd. Twierdzą, że w ten sposób pozwalamy, by inni wchodzili naszym dzieciom na głowy. Nie zauważamy jednak, że pozwalając na taki egoizm, sami wychowujemy ludzi, którzy w dorosłym życiu nie będą szanować nikogo, kto do nich nie pasuje.
Lekcja empatii po norwesku. Co możemy zyskać dzięki zakazowi wykluczania?
Norweskie wychowanie pokazuje inny kierunek, w którym dobro całej grupy jest tak samo ważne, jak potrzeby jednego dziecka. Zasada „Wszyscy albo nikt” nie zmusza nikogo do przyjaźni. Ona uczy tolerancji, kultury i zachowania w grupie.
Dziecko dowiaduje się, że na imprezie trzeba okazać szacunek każdemu gościowi, nawet temu, z którym na co dzień rzadziej się bawi. To świetna szkoła radzenia sobie w życiu. Zasada w Norwegii jest prosta: jeśli nie masz pieniędzy na zaproszenie całej grupy do sali zabaw, zrób skromne spotkanie w parku, przynieś muffinki dla wszystkich albo po prostu wyślij zaproszenia prywatnie, poza szkołą. Wtedy nikt nie poczuje publicznego wstydu i odrzucenia. Warto przemyśleć te nawyki i uczyć dzieci empatii, bo bez niej trudno o dobre relacje w dorosłości.
Zobacz też: Nauczycielka nie spodziewała się takiego widoku w szatni. Kto wychowuje te dzieci? „Całkowite zepsucie”