Reklama

Znowu chce nam się jeść coś ciepłego. Wieczorem łatwiej namówić wszystkich na grę przy stole. Ja wracam do czytania. Nawet spacer z Kluską wygląda trochę inaczej, kiedy zamiast butelki wody można zabrać ze sobą gorącą kawę.

Dlatego tym razem w "Naczelna sprawdza" zebrałam pięć rzeczy, które mają mi pomóc trochę bardziej polubić nadchodzącą jesień. Nie są niezbędne. Bez żadnej z nich świat się nie zawali, ale każda na swój sposób sprawia, że perspektywa krótszych dni staje się trochę przyjemniejsza.

Philips Ovi Smart 2.0 XXL. Odkąd jest w naszej kuchni, mam znacznie mniej pracy

W domu z trójką dzieci pytanie "co dziś jemy?" właściwie nigdy nie traci aktualności. Nawet jeśli obiad był godzinę temu. Ktoś chce frytki, ktoś tylko coś małego, ktoś przypomina sobie wieczorem, że właściwie nic konkretnego nie jadł. A ja nie zawsze mam ochotę uruchamiać piekarnik i czekać, aż się nagrzeje, żeby przygotować dwie bułki czosnkowe. I chyba właśnie dlatego Philips Ovi Smart 2.0 XXLtak szybko zadomowił się w naszej kuchni.

Nie używamy go od święta. On naprawdę działa u nas codziennie. I to jest dla mnie najważniejsze, bo mam już wystarczająco dużo kuchennych sprzętów, które wydawały się genialnym pomysłem, dopóki nie trzeba było wyjąć ich z szafki.

Philips Ovi Smart 2.0 XXL stoi na blacie i właściwie każdy używa go do czegoś innego.

Philips Ovi Smart 2.0 XXL Connected seria 7000 Airfryer
materiał własny

Ja uwielbiam robić w nim bułki czosnkowe. To drobiazg, ale idealnie pokazuje, dlaczego tak często go włączam: kilka minut i są gorące, chrupiące, gotowe. Nie muszę nagrzewać całego piekarnika dla dwóch bułek. Podobnie jest z frytkami - robią się szybko, a odkąd mamy Philipsa, piekarnik zdecydowanie rzadziej dostaje takie zadania.

Przy dzieciach ta szybkość naprawdę ma znaczenie. Dziecięcy głód ma bowiem tę szczególną cechę, że rzadko pojawia się z półgodzinnym wyprzedzeniem. Zazwyczaj człowiek dowiaduje się o nim w momencie, kiedy sytuacja - zdaniem głodnego - jest już dramatyczna. Ale chyba największym fanem tego urządzenia został mój partner. Bardzo pilnuje tego, co je i właściwie codziennie przygotowuje sobie w nim kolację. Robi mięso, warzywa, różne swoje zdrowe kombinacje, a ostatnio również "chipsy" z wędlin. Cienkie plasterki po kilku minutach robią się chrupiące. Pierwszy raz patrzyłam na ten pomysł z pewną rezerwą. Teraz przyjmuję już do wiadomości, że w naszym domu istnieje również taka kategoria przekąsek. I to jest chyba najlepsza rzecz, jaką mogę powiedzieć o tym urządzeniu: nie musimy szukać powodów, żeby go używać. Po prostu stał się częścią naszej kuchni.

Philips Ovi Smart 2.0 XXL HD9880/90 ma aż 22 funkcje gotowania i termometr do żywności, który pomaga uzyskać odpowiedni stopień przygotowania potraw bez ciągłego sprawdzania, czy "już". Technologia Rapid CombiAir pozwala przygotowywać potrawy z nawet o 99 proc. mniejszą ilością dodanego tłuszczu. Jest też aplikacja HomeID, dzięki której można zdalnie korzystać z urządzenia. Aplikacja zapamiętuje nasze preferencje, podpowiada pomysły na zdrowsze posiłki i daje dostęp do ponad 10 tysięcy przepisów dopasowanych do urządzenia, z prostymi instrukcjami krok po kroku.

Tyle specyfikacja. Po codziennym używaniu najbardziej doceniam jednak rzeczy dużo bardziej przyziemne: szybkość i wygodę. Nie muszę czekać na rozgrzanie dużego piekarnika, kiedy chcę przygotować coś niewielkiego, a po wszystkim wyjmowane elementy mogę po prostu włożyć do zmywarki. Przy sprzęcie, który naprawdę chodzi u nas codziennie, to ostatnie okazuje się zaskakująco ważne.

Co mnie zaskoczyło?

To, jak szybko przestaliśmy zastanawiać się, co właściwie da się w nim przygotować. Po prostu zaczęliśmy z niego korzystać.

Jednego dnia są to frytki, innego warzywa czy mięso, czasem tylko coś do szybkiego podgrzania. U mnie bułki czosnkowe, u Krzyśka kolacja. Bo można mieć w urządzeniu mnóstwo programów i świetne technologie, ale mój ostateczny test sprzętu kuchennego jest znacznie prostszy: czy po kilku tygodniach nadal chce nam się go używać? Ten stoi na blacie i codziennie ktoś go włącza.

Dla kogo to ma sens?

Przede wszystkim dla rodzin. Przy piątce domowników duży kosz nie jest luksusem - jest po prostu praktyczny. Nie chcę przygotowywać jednej rzeczy w trzech turach ani czekać z kolejną porcją, kiedy pierwsza już zniknęła.

Sprawdzi się też u osób, które chcą jeść w domu, ale niekoniecznie chcą codziennie urządzać wielkie gotowanie. I u tych, którzy - jak Krzysiek - często przygotowują sobie osobny posiłek.

Dla kogo raczej nie?

Jeśli masz małą kuchnię, gotujesz sporadycznie albo chcesz raz na jakiś czas zrobić jedną porcję frytek, nie jestem pewna, czy potrzebujesz akurat tak dużego modelu.

Trzeba znaleźć dla niego miejsce. U nas swoje na blacie dostał bardzo szybko. I chyba tam już zostanie. Bo w domu z trójką dzieci, w którym ktoś niemal zawsze jest głodny, sprzęt używany codziennie zdecydowanie zasługuje na kawałek kuchennego blatu.

Shark CryoGlow. Przynajmniej kilka minut dla mnie

Jesień ma tę właściwość, że bardzo szybko zaczynam żyć od jednego "muszę" do następnego. Praca, dom, dzieci, pies, rzeczy na jutro. A wieczorem, kiedy teoretycznie powinnam już odpoczywać, zawsze znajdzie się jeszcze coś, co można zrobić. Dlatego próbuję sobie przypominać, że nie każdy wolny kwadrans trzeba natychmiast produktywnie wykorzystać. I tutaj pojawia się Shark CryoGlow - maska LED do domowej pielęgnacji twarzy, która łączy światło LED z chłodzeniem okolicy pod oczami.

Wygląda trochę tak, jakbym po jej założeniu miała za chwilę nawiązać kontakt z inną planetą, co oczywiście moje dzieci zauważyły natychmiast, ale najbardziej podoba mi się w niej coś znacznie mniej spektakularnego: kiedy ją zakładam, przez kilka minut naprawdę nic nie robię. Mogę usiąść, włączyć serial albo po prostu zamknąć oczy. I zamiast traktować pielęgnację jak kolejne zadanie do wykonania przed snem, zaczynam traktować ją jak początek wieczoru.

Co mnie zaskoczyło?

Na pewno zaskoczyło mnie jedno: szybko przestała być dla mnie wyłącznie "urządzeniem kosmetycznym". Stała się też pretekstem, żeby na chwilę usiąść.

Dla kogo to ma sens?

Dla osób, które lubią domową pielęgnację i są gotowe na regularność. Bo przy tego typu urządzeniach właśnie ona ma znaczenie.

Dla kogo raczej nie?

Dla kogoś, kto już ma w szafie kilka urządzeń beauty użytych trzy razy. Shark CryoGlow nie jest tani, więc jeśli ma skończyć obok masażera, szczoteczki i rollera, których nie pamiętamy nawet wyjąć, lepiej te pieniądze wydać inaczej.

Naczelna sprawdza
materiał własny

"Przejścia" Natalii de Barbaro - wracam do czytania przed snem

Latem paradoksalnie wcale nie czytam najwięcej. Wieczory są długie, ciągle coś się dzieje, szkoda iść spać. Jesień naturalnie przenosi mnie z powrotem do domu i książki wracają na stolik przy łóżku.

Teraz czytam "Przejścia" Natalii de Barbaro. Nie wybrałam jej dlatego, że ktoś umieścił ją na liście "10 książek idealnych na jesień". Po prostu to jest książka, którą naprawdę teraz czytam. I właśnie dlatego znalazła się tutaj.

Nie mam też rytuału polegającego na czytaniu przez godzinę każdego wieczoru przy idealnie zapalonej lampce i kubku ziołowej herbaty. Mam dzieci. Czasami przeczytam kilkanaście stron, czasami kilka, czasami po dwóch orientuję się, że czytam to samo zdanie trzeci raz i najwyraźniej czas spać. Ale nawet te kilka stron jest dla mnie znacznie lepszym zakończeniem dnia niż kolejne pół godziny z telefonem.

Co mnie zaskoczyło?

Na razie najbardziej cieszy mnie sam powrót do czytania. Bez celu, bez wyzwania "52 książki w roku" i bez zamieniania kolejnej przyjemności w zadanie do wykonania.

Dla kogo to ma sens?

Dla kobiet, które lubią Natalię de Barbaro i szukają raczej książki do zatrzymywania się przy pewnych myślach niż historii, którą pochłonie się w jeden wieczór.

Dla kogo raczej nie?

Jeżeli jesienią potrzebujesz przede wszystkim kryminału, który po pięciu stronach sprawi, że zapomnisz o całym świecie - poszukałabym czegoś innego.

Jesienią znowu gramy. I okazuje się, że stół może służyć do czegoś więcej niż jedzenia

Latem trudniej zebrać nas wszystkich przy stole. Ktoś wychodzi, ktoś wraca, ktoś chce być na dworze do ostatniej minuty. Jesienią naturalnie częściej zostajemy w domu i wtedy wracają gry.

Ostatnio królują u nas Rummikub i Scrabble. Bardzo lubię ten moment, kiedy ktoś mówi: "Zagramy w jedną?". Oczywiście "jedna" ma mniej więcej takie samo znaczenie jak "obejrzę tylko jeden odcinek".

Przy sześciolatku granie wymaga czasem trochę elastyczności. Nie zawsze wszystko odbywa się zgodnie z instrukcją, czasami trzeba pomóc, a czasami zaakceptować bardzo twórczą interpretację zasad. Ale nie zależy mi na wychowaniu zawodowego gracza w Rummikuba. Zależy mi na tym, żebyśmy przez chwilę siedzieli razem, bez ekranów.

Naczelna sprawdza - wrzesień
materiał własny

Co mnie zaskoczyło?

To, że wspólny czas wcale nie musi być wielkim rodzinnym przedsięwzięciem.

Nie trzeba planować "wieczoru jakościowego", przygotowywać przekąsek w kształcie jesiennych liści i kupować wszystkim identycznych piżam. Wystarczy wyciągnąć pudełko.

Dla kogo to ma sens?

Dla rodzin, które chcą mieć prosty pomysł na wspólny wieczór. Warto tylko wybrać grę, która naprawdę odpowiada wiekowi i temperamentowi domowników.

Dla kogo raczej nie?

Dla rodzin, w których przegrana w planszówkę potrafi popsuć stosunki dyplomatyczne do następnego dnia. Wtedy warto zwrócić uwagę, by wybierać te, gdzie liczy się wspólne osiągnięcie celu, a nie rywalizacja.

Dobry kubek termiczny - bo posiadanie psa skutecznie leczy z jesiennego siedzenia pod kocem

Mogłabym teraz napisać, że jesienią uwielbiam długie spacery wśród kolorowych liści.

Tyle że jesień z golden retrieverem nie zawsze wygląda jak reklama płaszcza. Czasem są kolorowe liście, a czasem jest deszcz, błoto i Kluska, która najwyraźniej uważa, że największa kałuża w okolicy została przygotowana specjalnie dla niej. Tak czy inaczej - trzeba wyjść.

Dlatego w tym roku chcę sprawdzić dobry kubek termiczny. Taki, do którego rano zrobię kawę albo herbatę, zabiorę na spacer i po godzinie nadal będę miała coś ciepłego, a nie napój o temperaturze listopadowej kałuży.

24Bottles Travel Tumbler 600 ml jest wystarczająco duży na dłuższe wyjście, ale nie przypomina termosu zabieranego na wyprawę w Himalaje. Producent deklaruje utrzymanie ciepła do 6 godzin i zimna do 24.

Najważniejsze są dla mnie trzy rzeczy: czy naprawdę trzyma temperaturę, czy wygodnie się z niego pije i czy po wrzuceniu do torby nie okaże się, że kawa jest wszędzie, tylko nie w kubku.

Co mnie zaskoczyło?

To, że naprawdę długo trzyma ciepło. Robię kawę przed wyjściem, a po długim spacerze z Kluską nadal jest gorąca. I druga, równie ważna rzecz: mogę wrzucić kubek do torby bez nerwowego sprawdzania co pięć minut, czy właśnie nie zalałam całej jej zawartości.

Dla kogo to ma sens?

Dla osób, które dużo chodzą, dojeżdżają do pracy, wożą dzieci, spacerują z psem albo po prostu nie zdążają wypić kawy pięć minut po jej zrobieniu.

Dla kogo raczej nie?

Jeśli kubek termiczny ma stać wyłącznie na biurku metr od ekspresu, prawdopodobnie nie trzeba inwestować w najbardziej zaawansowany model.

Chyba jednak trochę lubię tę jesień

Nie sądzę, żebym nagle zaczęła odliczać dni do października. Nadal wybiorę ciepły wieczór na tarasie zamiast deszczu za oknem, ale coraz bardziej lubię to, co jesienią wraca do naszego domu. Ciepłe jedzenie, gry wyciągnięte na stół, książka przy łóżku, kilka minut tylko dla siebie, gorąca kawa zabrana na spacer. Może więc nie muszę kupować świeczki o zapachu dyni i ogłaszać się jesieniarą. Wystarczy mi kilka rzeczy, dzięki którym jesień staje się trochę bardziej moja.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...