Nie jestem zwolenniczką robienia 31 sierpnia rodzinnej rewolucji pod hasłem "od jutra wstajemy o 6.30". Wolę powoli przywracać rytuały, które w wakacje naturalnie trochę nam się rozjechały. Dlatego tym razem w "Naczelna sprawdza" testuję rzeczy, które mają pomóc **nam** - nie tylko dziecku - łagodniej wrócić do codziennego rytmu.

Nie są to rzeczy niezbędne. Bez każdej z nich da się żyć. Pytanie brzmi raczej: czy rzeczywiście sprawiają, że ten powrót jest odrobinę łatwiejszy?

Philips Hue Twilight. Tym razem coś dla mamy

Zacznę od siebie, bo pod koniec wakacji całą uwagę zwykle skupiamy na dzieciach. Zastanawiamy się, jak przestawić je na wcześniejsze zasypianie, jak ułatwić poranne pobudki i sprawić, żeby 1 września nie był brutalnym zderzeniem z budzikiem. Tylko że mój wakacyjny rytm też nie przypomina tego z września.

Wieczorem siedzę dłużej, jeszcze coś sprawdzam, odpowiadam na wiadomości, czytam, oglądam. Rano z kolei chciałabym obudzić się inaczej niż przy dźwięku alarmu, który od pierwszej sekundy każe mi działać. Dlatego lampkę Philips Hue Twilight postawiłam nie w pokoju dziecka, ale przy swoim łóżku.

I dopiero kiedy zaczęłam poznawać jej funkcje, zrozumiałam, że określenie "lampka nocna" jest w jej przypadku trochę mylące. Twilight została zaprojektowana właśnie z myślą o sypialni i dwóch momentach dnia: zasypianiu oraz budzeniu. Ma dwa niezależne źródła światła, technologię ColorCast pozwalającą tworzyć gradientowe przejścia kolorów, bardzo szeroki zakres barwy światła - od 2000 do 6500 K - oraz możliwość naprawdę mocnego przyciemnienia.

Najciekawsze są jednak dla mnie spersonalizowane automatyzacje zasypiania i budzenia. Wieczorem można ustawić światło tak, aby stopniowo stawało się cieplejsze i ciemniejsze, tworząc coś w rodzaju świetlnego zachodu słońca. Rano działa odwrotnie: światło powoli się rozjaśnia i zmienia barwę, naśladując wschód słońca. Nie chodzi więc o to, żeby lampka nagle zapaliła się o 6.30, tylko żeby pobudka była procesem, a nie alarmem. Philips Hue pozwala też dopasować czas trwania takiego "wschodu słońca" do własnych potrzeb.

Twilight ma też dwa przyciski umieszczone bezpośrednio na lampce, a ustawieniami i automatyzacjami można sterować w aplikacji Hue. Lampka obsługuje Bluetooth i Zigbee, a po włączeniu jej do systemu Hue można połączyć ją również z innym oświetleniem w sypialni.

I właśnie to chcę sprawdzić pod koniec wakacji, czy zamiast zmuszać się do wcześniejszego chodzenia spać i nastawiać kolejny alarm, mogę wykorzystać światło jako sygnał dla organizmu, że dzień się zaczyna albo właśnie się kończy.

Co mnie zaskoczyło?

Przede wszystkim to, jak szybko przestałam traktować ją jak lampkę, a zaczęłam jak element wieczornego rytuału. Spodziewałam się kolejnego smart gadżetu, przy którym będę siedzieć z telefonem i wybierać spośród dziesiątek ustawień. Tymczasem po skonfigurowaniu rutyny właściwie nie muszę o niej pamiętać - wieczorem światło samo zaczyna się zmieniać i jest dla mnie sygnałem, że pora kończyć dzień.

Podoba mi się też sam pomysł budzenia światłem. Zwykły budzik działa zero-jedynkowo: śpisz, dzwoni, masz wstać. Tutaj światło zaczyna zmieniać się wcześniej i stopniowo wypełnia sypialnię. I nawet jeśli nie zrezygnuję całkowicie z alarmu w telefonie, podoba mi się, że nie musi on być pierwszym sygnałem rozpoczynającym mój dzień.

Zaskoczyła mnie również skala możliwości przyciemnienia. Wieczorem nie potrzebuję kolejnej mocnej lampy w sypialni - potrzebuję światła, przy którym mogę jeszcze chwilę poczytać, a potem naprawdę poczuć, że dzień się kończy. I właśnie w tej roli Twilight ma dla mnie najwięcej sensu.

Dla kogo to ma sens?

Dla osób, które wieczorem długo funkcjonują w trybie "jeszcze tylko jedna rzecz" i potrzebują wyraźnego sygnału, że czas zwolnić.

To również propozycja dla osób, które już korzystają z systemu Philips Hue albo lubią rozwiązania smart home. Twilight można bowiem włączyć w większą automatyzację oświetlenia w domu.

Dla kogo raczej nie?

Dla kogoś, kto potrzebuje po prostu lampki do czytania przy łóżku. Philips Hue Twilight kosztuje obecnie 1282,99 zł, więc kupowanie jej wyłącznie po to, żeby wieczorem włączyć i wyłączyć światło, moim zdaniem mija się z celem. Jej sens zaczyna się właśnie tam, gdzie korzystamy z automatyzacji, różnych barw i natężenia światła oraz funkcji związanych z wieczorną i poranną rutyną.

I chyba właśnie dlatego znalazła się w tym zestawieniu. Powrót do rytmu po wakacjach nie dotyczy przecież tylko dzieci. Zanim zacznę pilnować, o której moje dziecko idzie spać, mogę najpierw przyjrzeć się własnym wieczorom.

Sistema To Go Bento. Wracamy do rytmu posiłków

Wakacje mają jedną cudowną cechę: jedzenie pojawia się wtedy, kiedy jesteśmy głodni. Wrzesień niestety wymaga większego planowania.

Dlatego drugim produktem, który sprawdzamy, jest Sistema To Go Bento Lunch. Wybrałam pudełko z kilkoma przegródkami, bo znam swoje dziecko: zdecydowanie większą szansę na zjedzenie ma kilka małych rzeczy niż jedna wielka kanapka wrzucona do śniadaniówki.

Pudełko ma 1,65 l pojemności, trzy komory i dodatkowy pojemniczek, który można wykorzystać np. na jogurt, owoce czy coś drobnego. Jest wykonane z tworzywa BPA free, można je myć w zmywarce, a sam pojemnik - bez pokrywki - nadaje się również do mikrofalówki.

Ale parametry to jedno. Mnie interesuje coś znacznie bardziej przyziemnego: "Czy rzeczywiście będziemy z niego korzystać po pierwszym wrześniowym entuzjazmie?".

Co mnie zaskoczyło?

To, jak bardzo same przegródki ułatwiają komponowanie posiłku. Zamiast zastanawiać się rano nad "drugim śniadaniem", mogę po prostu wypełnić kolejne miejsca tym, co mamy: owocami, warzywami, małą kanapką czy jogurtem. I nagle przygotowanie pudełka nie wygląda jak kolejny punkt na liście rzeczy do zrobienia.

Podoba mi się też to, że dziecko widzi kilka różnych rzeczy i samo może zdecydować, od czego zacznie. To drobiazg, ale przy jedzeniu drobiazgi potrafią mieć znaczenie.

Dla kogo to ma sens?

Dla dzieci, które lubią wybierać i jeść po trochu, a także dla rodziców, którzy chcą spakować w jednym pudełku kilka różnych produktów bez używania dodatkowych woreczków i pojemników.

Dla kogo raczej nie?

Dla dziecka, które potrzebuje naprawdę małej śniadaniówki. To dość duży lunchbox, więc przed zakupem sprawdziłabym, ile miejsca zajmie w plecaku.

Waterdrop Explorer. Wracam do rzeczy najbardziej podstawowej: picia wody

Kiedy zaczyna się wrzesień, bardzo łatwo wpaść w tryb dbania o wszystkich dookoła. Czy dziecko zjadło śniadanie, czy ma picie, czy wszystko spakowane, czy zdążymy wyjść. A potem orientuję się w połowie dnia, że sama wypiłam dwie kawy i pół szklanki wody.

Dlatego do rzeczy, które mają pomóc nam wrócić do rytmu, dokładam coś tylko dla siebie - zestaw Waterdrop z kubkiem termicznym Explorer.

Sam kubek jest naprawdę duży - ma 1,1 litra - i właśnie to zainteresowało mnie najbardziej. Zamiast kolejny raz obiecywać sobie, że "będę więcej piła", chcę sprawdzić prostszy sposób: rano napełnić jeden duży kubek i mieć go przy sobie przez sporą część dnia.

Explorer jest wykonany z dwuściennej stali nierdzewnej, ma wbudowaną słomkę i szczelne zamknięcie. Producent deklaruje, że utrzymuje napój zimny do 12 godzin. Ważny dla mnie drobiazg: mimo sporej pojemności został zaprojektowany tak, żeby mieścił się w większości uchwytów samochodowych.

W zestawie są również kostki Waterdrop do rozpuszczenia w wodzie - Microdrink w kilku owocowych smakach oraz Microenergy z kofeiną. Wszystkie są bez cukru. Te drugie, ze względu na zawartość kofeiny, nie są przeznaczone dla dzieci.

Co mnie zaskoczyło?

Rozmiar. 1,1 litra brzmi trochę jak wiaderko z uchwytem, a jednak pomysł, że zamiast pilnować kolejnych małych szklanek mam przed sobą jedną konkretną ilość wody, jest zaskakująco wygodny.

I chyba właśnie to najbardziej podoba mi się w tym produkcie: nie potrzebuję kolejnej aplikacji przypominającej mi o piciu wody. Kubek stojący obok po prostu robi to za nią.

Dla kogo to ma sens?

Dla osób, które - tak jak ja - przypominają sobie o piciu dopiero wtedy, kiedy dzień jest już w połowie. Także dla tych, którzy dużo czasu spędzają w samochodzie albo przy biurku i wolą raz napełnić duży kubek, zamiast co chwilę chodzić po kolejną szklankę.

Zestaw może być też ciekawy dla osób, którym zwykła woda szybko się nudzi i chętniej sięgają po nią, kiedy ma delikatny smak.

Dla kogo raczej nie?

Dla osób, które lubią małe i lekkie butelki. Explorer waży 585 g jeszcze przed napełnieniem, więc po wlaniu ponad litra wody zdecydowanie nie jest czymś, co chciałabym przez cały dzień nosić w torebce. Nie można go też myć w zmywarce.

Dla mnie ma być raczej "kubkiem, który rano napełniam i zabieram ze sobą w dzień" - do pracy, samochodu czy stawiam obok siebie przy biurku. I jeśli dzięki temu pod koniec dnia okaże się, że naprawdę wypiłam więcej wody, uznam, że zrobił swoją robotę.

"Piaskowy Wilk". Wracamy do naszego wieczornego czytania

Jednym z rytuałów, które najłatwiej gubią nam się podczas wakacji, jest regularne czytanie przed snem. Bo jeszcze jesteśmy gdzieś na dworze, bo jest jasno, bo coś robimy, bo "przecież są wakacje". Pod koniec sierpnia chcę do niego wrócić.

"Piaskowy Wilk" Åsy Lind nadaje się do tego wyjątkowo dobrze. Książka składa się z osobnych historii o Karusi i niezwykłym Piaskowym Wilku, z którym dziewczynka rozmawia o świecie, emocjach i sprawach, które z dziecięcej perspektywy bywają naprawdę wielkie. Każdy rozdział jest osobną opowieścią, więc można przeczytać jeden i zamknąć książkę bez negocjowania kolejnych trzydziestu stron.

Co mnie zaskoczyło?

To, że powrót do rytuału wcale nie musi oznaczać wprowadzania czegoś nowego. Czasem najlepiej działa rzecz dobrze znana. I że wspólne czytanie przed snem daje coś jeszcze: moment, w którym już niczego nie organizujemy. Nie szykujemy rzeczy na jutro, nie rozmawiamy o tym, co trzeba zrobić. Po prostu jesteśmy razem.

Dla kogo to ma sens?

Dla rodziców, którzy chcą wrócić do wspólnego czytania, ale wieczorem nie mają siły na długą fabułę. I dla dzieci, które lubią historie pozostawiające przestrzeń na pytania i rozmowę.

Dla kogo raczej nie?

Dla dzieci, które potrzebują bardzo dynamicznej akcji. "Piaskowy Wilk" jest bardziej opowieścią do smakowania, rozmawiania i myślenia niż książką, przy której co dwie strony wydarza się katastrofa.

Pytaki. Bo chcę wrócić do rytmu, ale nie zgubić wakacyjnej bliskości

To chyba najbardziej nieoczywista rzecz w tym zestawieniu.

We wrześniu bardzo łatwo zamienić rodzinne życie w centrum logistyczne. Kto odbiera, co trzeba zabrać, o której wychodzimy, czy wszystko spakowane, co jest jutro. Dlatego chcę sprawdzić jeszcze jedną rzecz - czy da się wrócić do obowiązków, ale nie zgubić po drodze zwykłej rozmowy.

Do tego wybrałam "Pytaki" - prostą rodzinną grę opartą na pytaniach. Jest przeznaczona już dla dzieci od 4. roku życia i nie wymaga od nich samodzielnego czytania ani poznawania skomplikowanych zasad. Tutaj nie chodzi przede wszystkim o wygraną. Chodzi o rozmowę.

I właśnie tak chcę jej używać. Nie jako kolejnej "aktywności rozwojowej", którą trzeba wpisać do kalendarza. Raczej wyciągnąć przy kolacji albo wieczorem i zobaczyć, dokąd zaprowadzi nas jedno pytanie.

Co mnie zaskoczyło?

To, że czasem wystarczy zmienić pytanie, żeby dostać zupełnie inną odpowiedź. "Jak było?" czy "Co dziś robiłeś?" potrafi zakończyć rozmowę jednym "dobrze" albo "nic". Pytanie, którego dziecko się nie spodziewa, może uruchomić zupełnie inną historię. I właśnie to najbardziej podoba mi się w Pytakach: nie muszę wymyślać sposobu na "wartościową rozmowę z dzieckiem". Po prostu zaczynamy się bawić i sprawdzamy, co z tego wyniknie.

Dla kogo to ma sens?

Dla rodzin, które chcą mieć pretekst do rozmowy bez robienia z niej "poważnej rozmowy". I dla rodziców dzieci, od których na pytanie "Co dziś robiłeś?" najczęściej słyszą: "nic".

Dla kogo raczej nie?

Dla rodzin, które przede wszystkim szukają gry opartej na rywalizacji, punktach i wygranej. Tutaj najciekawsze rzeczy dzieją się w rozmowie.

Nie chcę idealnego września

Im jestem starsza i im dłużej jestem mamą, tym mniej wierzę w wielkie rodzinne rewolucje zaczynające się w poniedziałek, 1 stycznia albo 1 września. Nie zamierzam w ostatnią niedzielę wakacji przestawiać całego domu na tryb "rok szkolny". Wolę zacząć trochę wcześniej i odzyskiwać nasz rytm po kawałku. Trochę wcześniej zgasić światło. Przeczytać wieczorem jeden rozdział. Przygotować razem jedzenie na następny dzień. Znaleźć kwadrans na rozmowę, która nie dotyczy tego, co trzeba zrobić.

Bo chyba właśnie tego najbardziej potrzebujemy po wakacjach. Nie perfekcyjnego planu dnia, tylko kilku stałych punktów, dzięki którym znowu wiemy, jak wygląda nasze "normalnie". A jeśli przy okazji choć raz we wrześniu wyjdziemy rano z domu bez słów "szybciej, bo się spóźnimy", uznam to za spektakularny sukces.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Loading...