Moje córki, sześcioletnia Zosia i ośmioletnia Hania, to raczej spokojne dziewczynki. Wieczorami lubią usiąść w ciszy z książką, rysują, a po 20:00 zazwyczaj już śpią lub przynajmniej leżą w łóżkach. Staram się uczyć je szacunku do innych, w tym do sąsiadów. Wiedzą, że po mieszkaniu nie biega się w butach i nie rzuca ciężkimi klockami o podłogę po dobranocce.
WIDEO…
Niestety, rodzina, która wprowadziła się nad nami w zeszłym roku, miała zupełnie inne podejście do wychowania.
Trzęsienie ziemi każdego wieczoru
Zaczynało się niewinnie. Ot, trochę tupania, czasem upadł jakiś przedmiot. Ale z miesiąca na miesiąc sytuacja stawała się coraz trudniejsza do zniesienia. Dwójka chłopców w wieku przedszkolnym – bo tyle udało mi się ustalić – urządzała sobie z podłogi (naszego sufitu) tor przeszkód, trampolinę i boisko piłkarskie w jednym.
Najgorsze było to, że ich aktywność osiągała apogeum między 19:00 a 22:00. Kiedy my próbowaliśmy wyciszyć się przed snem, z góry dochodziły odgłosy przypominające galop stada dzikich koni, przerywane łoskotem upadających, ciężkich zabawek i krzykiem.
Moje dziewczynki coraz częściej wybudzały się z płaczem. Zosia bała się, że „sufit na nas spadnie”. Hania rano była niewyspana i marudna. Próbowałam tłumaczyć to sobie na różne sposoby. „Może chłopcy mają dużo energii”, „może rodzice pracują do późna i dopiero wieczorem mogą spędzić z nimi czas”. Ale po kilku tygodniach niewyspania i rosnącej frustracji, postanowiłam zainterweniować.
Rozmowa, która nie przyniosła rezultatu
Zebrałam w sobie resztki spokoju, upiekłam ciasto i poszłam na górę. Drzwi otworzyła mi młoda, lekko rozczochrana kobieta.
– Dzień dobry, jestem Alicja z dołu – zaczęłam z wymuszonym uśmiechem. – Przyszłam się przywitać i... przy okazji porozmawiać.
Sąsiadka przyjęła ciasto, ale jej wzrok był dość obojętny. Zza jej pleców dobiegał ogłuszający hałas.
– Słucham? – zapytała, ledwo przebijając się przez krzyki.
– Chciałam zapytać, czy moglibyście państwo trochę ciszej zachowywać się po godzinie 20:00. Moje córki chodzą wcześnie spać i te hałasy z góry je budzą. Bardzo proszę, żeby chłopcy wieczorami nie biegali i nie rzucali zabawkami.
Spojrzała na mnie, jakbym poprosiła ją o lot w kosmos.
– Wie pani, to są tylko dzieci – powiedziała tonem, który miał być chyba pobłażliwy, ale zabrzmiał raczej arogancko. – One muszą się wybiegać. Nie będę ich wiązać, prawda? A poza tym w bloku tak jest. Trzeba się przyzwyczaić.
Zamknęła drzwi, zanim zdążyłam odpowiedzieć.
Byłam wściekła. „Tylko dzieci”? Moje też są dziećmi, a jakoś nie urządzają rodeo po nocach. Zamiast się przyzwyczajać, postanowiłam dać im jeszcze jedną szansę. Zostawiłam kartkę w drzwiach z uprzejmą, ale stanowczą prośbą o spokój wieczorami. Efekt? Hałas, jeśli to w ogóle możliwe, jeszcze się nasilił.
Kiedy prośby zawodzą, czas na kreatywność
Przez kolejne tygodnie czułam się jak zakładniczka we własnym domu. Byłam przemęczona, zła i bezradna. Rozmowy nie działały, spółdzielnia rozkładała ręce („To sprawy sąsiedzkie, musimy liczyć na państwa dogadanie się”), a wzywanie policji wydawało mi się krokiem zbyt drastycznym.
Pewnego piątkowego popołudnia, przechodząc obok sklepu muzycznego, doznałam olśnienia. Wystawa krzyczała do mnie wielkimi literami: „Zestawy perkusyjne dla początkujących! Odkryj talent swojego dziecka!”.
Stanęłam jak wryta. Moje dziewczynki są ciche. Zbyt ciche. Może nadszedł czas, by odkryły w sobie pasję do muzyki? I to takiej głośnej, pełnej ekspresji?
Kupiłam dwa zestawy bębnów elektronicznych (z opcją podłączenia głośnika) oraz kilka profesjonalnych bębenków typu djembe. Sprzedawca patrzył na mnie z lekkim zdziwieniem, gdy poprosiłam o te „najbardziej donośne”.
Dziewczynki były zachwycone niespodzianką. Wytłumaczyłam im, że od teraz mogą uczyć się grać na bębnach. Z jednym małym zastrzeżeniem.
Poranny koncert
Wiedziałam, że nasi sąsiedzi z góry mają specyficzny rytm dobowy. Skoro hałasowali do 23:00, a czasem i dłużej, to siłą rzeczy musieli spać rano. Ja i tak wstawałam o 5:45, by ogarnąć dom przed pracą.
W sobotę rano, punktualnie o 6:00, zarządziłam pierwszą lekcję muzyki.
– Dziewczynki, czas na ćwiczenia! – zawołałam z entuzjazmem, stawiając bębny na środku salonu. – Pamiętacie, co wam pokazywałam? Równo i z całych sił!
Zosia i Hania, ubrane w piżamy, z błyskiem w oku chwyciły za pałeczki. I zaczęły. Uderzały w bębny z taką pasją i siłą, jakiej nigdy bym się po nich nie spodziewała. Dźwięk był potężny, głuchy i niósł się po całym pionie, ale przede wszystkim uderzał prosto w sufit.
Trwało to może dziesięć minut. Dla mnie brzmiało to jak najpiękniejsza symfonia. Dla sąsiadów z góry – jak koszmar.
Około 6:15 usłyszałam pośpieszne kroki na klatce schodowej i natarczywe dzwonienie do moich drzwi.
Zrozumienie przez doświadczenie
Otworzyłam drzwi z szerokim uśmiechem i kubkiem kawy w dłoni. W progu stał ojciec rodziny z góry. Miał rozczochrane włosy, czerwone oczy i minę człowieka, który właśnie przeżył zawał.
– Co wy tu wyprawiacie?! – krzyknął, zanim zdążyłam się odezwać. – Jest szósta rano, w sobotę! Dzieci mi płaczą ze strachu, a my nie możemy spać!
Udawałam autentyczne zdziwienie.
– Oj, przepraszam najmocniej – powiedziałam z udawaną troską. – Wie pan, moje córki zaczęły lekcje gry na bębnach. Mają w sobie tyle energii rano! Trudno je powstrzymać, to w końcu tylko dzieci, prawda? Muszą się jakoś rozwijać. W bloku tak jest, trzeba się przyzwyczaić.
Mężczyzna zamilkł, patrząc na mnie z niedowierzaniem. Dotarło do niego, co właśnie powiedziałam, i skąd to sformułowanie pochodzi.
– Ale... ale jest szósta rano... – wydukał, wyraźnie tracąc rezon.
– Tak, tak, a u państwa jest zazwyczaj 22:00, kiedy moje dzieci próbują spać – odpowiedziałam, krzyżując ręce na piersi. – Wie pan co? Jeśli u państwa zrobi się ciszej po 20:00, to obiecuję, że lekcje gry na bębnach przeniesiemy na bardziej popołudniowe godziny. Umowa stoi?
Patrzył na mnie przez dłuższą chwilę. Nie byłam pewna, czy zaraz wybuchnie złością, czy zawróci na pięcie. W końcu westchnął ciężko, przetarł twarz dłonią i powiedział cicho:
– Dobrze. Przepraszam.
Odwrócił się i poszedł na górę.
Zamknęłam drzwi i oparłam się o nie, oddychając głęboko. Byłam zaskoczona, że zadziałało to tak szybko. Dziewczynki patrzyły na mnie z pytającym wzrokiem.
– Koniec lekcji na dziś, skarby – powiedziałam z uśmiechem. – Możecie wracać do książek.
Przez kilka kolejnych dni z góry nie dobiegał żaden hałas po 20:00. Było cicho jak makiem zasiał. Zastanawiałam się, jak długo ten stan potrwa. Nie łudziłam się, że nagle staną się idealnymi sąsiadami. Pewnie z czasem znów zaczną hałasować, ale teraz miałam argument. Bębny stały w salonie, gotowe do akcji, jak muzyczna broń odstraszająca.
Zosia i Hania czasem bębnią w ciągu dnia, co szczerze mówiąc, nawet mi się podoba. A ja w końcu mogę wypić wieczorną herbatę w ciszy, wiedząc, że granice są po to, by ich bronić. Nawet jeśli czasem trzeba użyć do tego odrobiny perkusyjnego rytmu.
Alicja, 36 lat.
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych wydarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Zobacz też:
- „Byłam ledwo żywa po porodzie, gdy mąż kazał mi pichcić obiad dla swoich kumpli. Przygotowałam mu więc niespodziankę, której długo nie zapomni”
- „Poprosiłam mamę, żeby uśpiła małego, bo ja goniłam z obiadem. Gdy weszłam do pokoju, ona siedziała z twarzą w dłoniach, a Michałka nigdzie nie było”
- „Mój mąż zapomniał się rozłączyć, gdy skończyliśmy rozmawiać przez telefon. Położyłam komórkę przy kołysce i słuchałam, co robi, a łzy spływały mi po policzkach”