Miałam na ten test bardzo konkretny plan. Fotografować kolejne pudełka, sprawdzać, co Leon zjada, co wraca ze szkoły i po dwóch tygodniach zrobić pierwszy uczciwy bilans.
Plan był dobry. Nie przewidziałam tylko jednego: że zanim przypomnę sobie o zdjęciu, jedzenia najczęściej już nie będzie.
Kids Box jest otwarty, Leon już coś wyjął albo zdążył zjeść. I tak oto po dwóch tygodniach testowania mam znacznie mniej dokumentacji, niż powinna mieć odpowiedzialna redaktorka, za to całkiem sporo odpowiedzi na pytanie, które zadałam sobie na początku: "Czy sześciolatek naprawdę będzie chciał zabierać gotowe drugie śniadania do szkoły?". Chce! Co więcej, prawie codziennie rano słyszę: "Mamo, a dzisiaj mam Vikinga?".
Co naprawdę znika z Kids Boxów?
Dzieci są chyba najbardziej bezlitosnymi testerami jedzenia. Możemy im tłumaczyć, że coś jest zdrowe, dobrze zbilansowane, kolorowe i przygotowane specjalnie dla nich. Jeśli nie smakuje, po prostu tego nie zjedzą.
Po dwóch tygodniach Leon zdążył już stworzyć własny ranking. Bezkonkurencyjne są wszelkiego rodzaju placuszki i bajgle. Bardzo wysoko stoją również naleśniki i kanapka z croissantem. Kiedy w pudełku pojawia się coś z tej kategorii, właściwie nie zastanawiam się, czy wróci do domu.
Oczywiście nie będę opowiadać, że moje dziecko przez dwa tygodnie zjadało absolutnie wszystko do ostatniego okruszka. Leon jest sześciolatkiem, nie dzieckiem z reklamy. Jedne rzeczy smakują mu bardziej, inne mniej, czasem coś zostawi. Tyle że po pierwszych dniach szkoły najbardziej interesowało mnie nie to, czy każde pudełko będzie wracało idealnie puste, ale czy po początkowej ekscytacji nowością nadal będzie chciał je zabierać. I tu odpowiedź jest bardzo prosta - nadal chce.
Testujemy Vikinga we dwoje
W poprzednim tekście najbardziej interesowało mnie to, jak Kids Box poradzi sobie w zderzeniu z prawdziwym szkolnym dniem (całość przeczytasz tu: "Od września zaczynam robić drugie śniadania do szkoły. Czy Kids Box zdał test sześciolatka?"). Tymczasem równolegle zaczęłam jeść catering Kuchni Vikinga sama i po dwóch tygodniach mam już również swoich faworytów.
Bardzo smakowały mi ciemne naleśniki, które udało mi się nawet sfotografować, zanim zniknęły. Lubię też dania z krewetkami. I złapałam się na tym, że podobnie jak Leon zaczynam sprawdzać, co danego dnia na mnie czeka (wyboru dokonywałam sporo wcześniej spośród wieeeelu dostępnych możliwości na stronie www.kuchniavikinga.pl). Ale najciekawsze okazało się coś innego.
Kiedy decydowałam się na ten test, wydawało mi się, że wiem, co będę oceniać. W przypadku Leona - czy je, czy mu smakuje i czy jedzenie nie wraca codziennie do domu. W swoim przypadku - czy dieta jest smaczna, różnorodna i czy dzięki niej zaoszczędzę trochę czasu.
Nie doceniłam jednego.
Nie chodzi o te kilka minut
Zrobienie dziecku kanapki naprawdę nie jest najbardziej czasochłonną czynnością świata. Przygotowanie drugiego śniadania może zająć pięć, może dziesięć minut. Gdyby więc tylko o to chodziło, można byłoby uznać, że cała ta wygoda wcale nie zmienia tak wiele. Tyle że trzeba jeszcze mieć z czego tę kanapkę zrobić. Pamiętać, żeby kupić pieczywo, owoce, coś do środka. Wieczorem pomyśleć, co spakować następnego dnia. Rano przypomnieć sobie, co było wczoraj, żeby po raz kolejny nie dać tego samego. Zastanowić się, czy dziecko to zje. A potem jeszcze wymyślić własne śniadanie, obiad, kolację.
I właśnie po dwóch tygodniach dotarło do mnie, że największą zmianą wcale nie jest to, że rano zyskałam kilka minut. Ja przestałam o tym wszystkim myśleć.
Jedna rzecz mniej na głowie mamy
To brzmi banalnie, dopóki nie policzymy, ile takich małych decyzji podejmujemy każdego dnia. Co dziecko zje? Co zabierze do szkoły? Czy ma strój? Bidon? Bluzę? Czy jutro trzeba coś przynieść? Czy podpisałam zgodę? Czy kupiłam to, o czym przypomniało sobie wieczorem? A gdzie jest rzecz, której rano na pewno nie będziemy mogli znaleźć? Do tego dochodzi nasze własne życie, praca i pytanie powracające z zadziwiającą regularnością: "Co dzisiaj jemy?". I nagle z tej listy można wykreślić kilka pozycji.
Rano Leon ma swoje pudełko, ja mam swoje. Nie wymyślam osobno jego drugiego śniadania i swoich posiłków. Nie stoję wieczorem przed lodówką, próbując zaplanować kolejnego dnia. Nie orientuję się o 7 rano, że skończyło się pieczywo.
Jedzenie na sporą część dnia po prostu jest.
Kids Box nie dał mi więc tylko kilku dodatkowych minut rano. Zdjął mi z głowy cały jeden temat. I chyba właśnie tego najbardziej się nie spodziewałam.
Czy po miesiącu nadal będziemy chcieli Vikinga?
Jeszcze nie kończę naszego testu. Dwa tygodnie to wystarczająco długo, żeby minął pierwszy zachwyt nowością, ale chcę dać nam pełny miesiąc. Wtedy zrobię ostateczny bilans. Sprawdzę, które Kids Boxy wygrały u Leona, co jednak regularnie wracało do domu, czy coś zdążyło mu się znudzić i które dania sama wpisałabym na listę swoich ulubionych. Ale przede wszystkim chcę odpowiedzieć sobie na jedno pytanie, które w takich testach uważam za najważniejsze: "Czy gdy test się skończy, nadal będziemy chcieli korzystać z tego rozwiązania?".
Na razie wiem jedno. Dwa tygodnie temu zastanawiałam się, czy Leon będzie chciał zabierać Kids Boxy do szkoły. Dzisiaj mój problem polega głównie na tym, żeby zdążyć je sfotografować, zanim znikną.
Nie jest to najgorszy problem, jaki może mieć mama sześciolatka.