Jako mama od pierwszych minut seansu z zapartym tchem śledziłam, jak zmieniło się uniwersum, które tak mocno pokochały miliony widzów w kraju i na świecie. Akcja nowej serii startuje dokładnie półtora roku po wydarzeniach z pierwszego sezonu, co okazuje się genialnym posunięciem scenariuszowym.

WIDEO…

player placeholder

Wielki skok w czasie i brutalne zderzenie marzeń z urzędniczą ścianą

Główni bohaterowie, czyli dynamiczna zawodniczka MMA Kama, charyzmatyczna influencerka Ula, neurotyczny Jerzy oraz wycofana zawodowo Tatiana, postanawiają wziąć sprawy w swoje ręce. Zamiast walczyć z systemem w tradycyjnych placówkach, zakładają własną, wymarzoną szkołę o pięknej nazwie Biegun Szczęścia, mającą być oazą bezpieczeństwa i pełnej akceptacji dla ich neuroatypowych dzieci. Szybko jednak okazuje się, że stworzenie idealnego azylu to dopiero początek prawdziwej drogi przez mękę, a rzeczywistość przynosi bolesne zderzenie z bezduszną biurokracją, problemami finansowymi oraz potężnym przeciążeniem psychicznym.

Twórczynie serialu, Klara Kochańska-Bajon i Jagoda Szelc, z niesamowitym wyczuciem pokazują, że nawet najpiękniejsza wspólnota może zacząć pękać, gdy w grę wchodzą codzienne, prozaiczne rachunki do zapłacenia i walka o przetrwanie placówki. Ta surowa, pozbawiona instagramowych filtrów prawda o prowadzeniu alternatywnej edukacji bije z ekranu z taką siłą, że momentalnie odnajdujemy w niej nasze własne, rodzicielskie zmagania z systemem szkolnym.

Zobacz także:

Dorastanie bez taryfy ulgowej i bolesny syndrom niewidzialnego dziecka

To, co w nowym sezonie chwyta za serce najmocniej i sprawia, że łzy same napływają do oczu, to przesunięcie ciężaru na perspektywę samych dzieci, które zdążyły już wyraźnie podrosnąć. Na ekranie obserwujemy nie tylko pierwsze nastoletnie miłości i próby nawiązywania relacji z rówieśnikami, ale przede wszystkim głębokie dramaty psychologiczne rozgrywające się wewnątrz rodzinnych domów. Serial w niezwykle odważny sposób porusza temat tak zwanego niewidzialnego dziecka, czyli zjawiska, w którym zdrowe rodzeństwo czuje się całkowicie odrzucone i pominięte przez rodziców skupionych wyłącznie na terapii niepełnosprawnego potomka. Genialnie widać to w wątku Uli, granej z absolutnym poświęceniem przez Barbarę Wypych, której postać przechodzi najbardziej bolesną, ale i potrzebną ewolucję w tej serii.

Z kolei rola Tatiany, w którą wciela się wybitna Magdalena Różczka, kolejny raz udowadnia, że opieka nad wybitnie inteligentnym dzieckiem zamkniętym w dysfunkcyjnym ciele to nieustanny proces godzenia się z własnymi ograniczeniami. Nowe odcinki bez ogródek pokazują, że miłość macierzyńska bywa potwornie trudna, a rodzice w obliczu kryzysu potrafią popełniać koszmarne błędy, faworyzować jedno z dzieci lub przelewać na nie swoje własne, niespełnione ambicje i frustracje.

Patchworkowe rewolucje i nowi bohaterowie, którzy dzielą widzów

Ogromnym zaskoczeniem dla fanów formatu jest wprowadzenie do obsady Mateusza Damięckiego, który wciela się w postać Pawła – nowego życiowego partnera Kamy, granej przez energetyczną Maszę Wągrocką. Wątek ich skomplikowanej, patchworkowej rodziny, w której dorastający Jaś oraz córka Pawła muszą nagle nauczyć się dzielić jedną przestrzenią, wnosi do serialu niesamowity powiew świeżości i mnóstwo naturalnego humoru. Paweł to mężczyzna wiecznie przekonany o własnej racji, co w starciu z twardym charakterem zawodniczki sportów walki generuje fantastyczne, iskrzące od emocji spięcia.

Zwiastun zapowiadał rewelację i muszę z pełną odpowiedzialnością potwierdzić, że te sześć nowych odcinków ogląda się z nieustającym poczuciem obcowania z kinem najwyższej próby. Finał sezonu dosłownie wgniata widza w fotel, nie zostawiając miejsca na tanie pocieszenia, za to dając potężny impuls do przemyśleń nad tym, jak sami budujemy relacje z najbliższymi.

Netflix podarował nam pozycję obowiązkową, która w zalewie plastikowych i powtarzalnych produkcji przynosi rodzicom upragnioną ulgę i poczucie, że w swoich codziennych trudach nie są sami.

Zobacz też: Kolorowa pułapka na Netfliksie. Rodzice myślą, że to urocza animacja, a dzieci dostają po niej szału