lekarze z SOR na ul. Niekłańskiej w Warszawie
fot. Małgorzata Mikołajczyk

SOR to nie przychodnia – mówią lekarze z warszawskiego szpitala dla dzieci

Kiedy jechać na SOR, a kiedy do przychodni? Co robić w szpitalnej poczekalni, a czego absolutnie nie? Przeczytaj wywiad z lekarzami ze Szpitalnego Oddziału Ratunkowego z dziecięcego szpitala przy ul. Niekłańskiej.
Sylwia Niemczyk
lekarze z SOR na ul. Niekłańskiej w Warszawie
fot. Małgorzata Mikołajczyk
Niemowlęta z katarem. Maluchy z biegunką.  Tłum dzieci z podejrzeniem owsików, kilku pijanych nastolatków – a między nimi kilkoro dzieci, które naprawdę powinny się tutaj znaleźć. Szpitalny Oddział Ratunkowy (SOR) w dziecięcym szpitalu przy ul. Niekłańskiej* to miejsce, które zna każdy rodzic w Warszawie. Nie każdy jednak wie, kiedy powinien zgłosić się tutaj ze swoim dzieckiem, a kiedy nie, Wielu błędnie traktuje SOR jak rejonową przychodnię.

Z jakimi kłopotami powinniśmy tu przyjechać? Jak można przygotować się przed przyjazdem? Czego nie wolno robić w poczekalni? Odpowiada dr Jerzy Wassermann, specjalista chirurgii dziecięcej i ordynator oddziału, oraz dr Marzenna Koszańska, specjalista pediatrii.

Jakie dzieci trafiają do Państwa na oddział?

JW: Absolutnie wszystkie rozpoznania świata. Wrośnięty kolczyk w uchu, gorączka, wszelkie możliwe biegunki, wymioty i bóle brzucha. Albo np. stare zaniedbane oparzenia, które powinny być leczone w poradni chirurgicznej. Na szpitalny oddział ratunkowy powinni trafiać tylko ci pacjenci, którzy wymagają hospitalizacji, choć my przyjąć musimy wszystkich. Mogę śmiało zaryzykować stwierdzenie, że z dziesięciorga dzieci, jakie w tej chwili siedzą w naszej poczekalni, tylko jedno powinno tu być. To nie zawsze jest kwestia złej decyzji rodziców dziecka. Często są niepotrzebnie do nas kierowani przez lekarzy rodzinnych.

Dlaczego?

JW: Wina leży po stronie systemu. Każdy z nas musi mieć lekarza rodzinnego, który ma płacone od tzw. stawki kapitacyjnej, czyli otrzymuje roczną pulę pieniędzy na każdą osobę, która wybrała go na swój „pierwszy kontakt”. Z tej puli lekarz rodzinny musi jednak pokryć też koszty zleconych przez siebie badań,
a to oznacza, że każde wypisane przez niego skierowanie np. na USG, morfologię krwi, badanie moczu zmniejsza jego pensję. Jaki więc ma on interes, by faktycznie leczyć zapisanych do niego pacjentów? Wielu lekarzy rodzinnych woli wysyłać pacjentów do szpitala, bo to ich nic nie kosztuje. Nie ma u nas takiego systemu jak np. w Wielkiej Brytanii, gdzie lekarz merytorycznie i finansowo odpowiada za skierowanie do szpitala. W Polsce każdy lekarz może wypisać takie skierowanie z czym tylko chce: bólem brzucha, bólem gardła itd.

MK: Dobrze rozumiem że np. w piątek dla bezpieczeństwa dziecka lekarz skieruje je na szpitalne badania. Dzięki temu nie trzeba będzie czekać na wyniki do poniedziałku, co często byłoby już za późnym terminem. Szpitalny oddział ratunkowy to jedyne miejsce, gdzie można badania wykonać szybko i gdzie znajdzie się ktoś, kto obejrzy ich wyniki. Ale tak jak rozumiem piątkowe skierowania, to już tych wtorkowych czy środowych kompletnie nie.

Czy dziecko zawsze potrzebuje skierowania na SOR?

MK: Nie, oczywiście, że nie. Jest dużo sytuacji kiedy rodzic powinien jechać prosto do nas, bez zahaczania o przychodnię albo nocny czy świąteczny dyżur lekarski. Dziecko z dusznościami powinno trafić do nas jak najszybciej. Maluch z koralikiem w nosie czy uchu – też. Ale już np. zwykły ból ucha powinien załatwić lekarz w przychodni. Każdy pediatra ma obowiązek zajrzeć do uszu dziecka i powinien mieć do tego sprzęt, jednak te wytyczne pochodzą dopiero sprzed 10 lat, więc część starszych lekarzy nie wie, jak to ucho badać – i wysyła dzieci do nas. Na pewno na SOR nie powinno też trafić dziecko, które raz czy dwa razy zwymiotowało albo miało jedno czy dwa luźne wypróżnienia. Nieraz rodzice tłumaczą mi w gabinecie: „Przyjechaliśmy, bo nasze dziecko ma biegunkę i boimy się, że się odwodni”. Dobrze, że mają świadomość ryzyka, ale przecież biegunka nie zawsze oznacza odwodnienie. Jeżeli dziecko nie wymiotuje non stop i jest w stanie przełknąć trochę wody, to nie trzeba z nim nigdzie jechać, tylko podać mu picie w domu.

JW: Naszą działką są też wszelkie urazowe sytuacje: rany, oparzenia, złamania kończyn. Przywożone są do nas dzieci z wypadków, maluchy z silnymi, nagłymi bólami albo te z podejrzeniem wstrząśnienia mózgu, np. po upadku z przewijaka. Żeby już na etapie rejestracji oddzielić poważne przypadki od tych, które mogą trochę poczekać, wprowadziliśmy u nas tzw. system triage.

Na czym on polega?

JW: Każdy pacjent podczas rejestracji trafia najpierw do pielęgniarki, która dokonuje triage’u, czyli zbiera wywiad i mierzy podstawowe parametry życiowe, np. ciśnienie tętnicze. Na podstawie tego ustawia „kolor pacjenta”. Powierzchowny uraz palca sprzed dwóch dni to kolor granatowy, oznaczający, że dziecko może czekać na przyjęcie do gabinetu nawet kilka godzin. Świeża rana łuku brwiowego to kolor pomarańczowy, czyli już o wiele krótszy czas oczekiwania. Nieprzytomne dziecko z wypadku, maluch z rozległymi oparzeniami albo ranami to kolor czerwony oznaczający absolutne pierwszeństwo w kolejce. Dzięki temu systemowi u nas jest inaczej niż w rejonowych przychodniach, gdzie ktoś, kto przyszedł rano z lekką chorobą, wejdzie do lekarza wcześniej niż niemowlę przelewające się przez ręce i potrzebujące szybszych oględzin.

Czytałam, że w 2013 r. SOR przy Niekłańskiej przyjął 47 tysięcy dzieci.

JW: W 2014 r. było jeszcze więcej pacjentów: ok. 51 tysięcy. Dziennie przyjmujemy 100–200 dzieci.

MW: Do niedawna mogliśmy powiedzieć, że najcięższy dla nas jest poniedziałek i piątek, a środek tygodnia jest względnie litościwy. Teraz trudno mi zauważyć jakikolwiek rytm. Coraz rzadziej zdarza się nam dzień, który możemy nazwać w miarę spokojnym. Dyżur w czwartek jest już tak samo intensywny jak w piątek. W weekendy jest jeszcze gorzej niż w ciągu tygodnia.

Przez cały dzień na SOR-ze jest tłum. Jak jest nocą?

JW: Gorzej. Zdecydowanie noce są tutaj trudne do wytrzymania. Nasza ratunkowa pediatria nie ma nocą nawet chwili odpoczynku. W części chirurgicznej, w której ja pracuję, jest trochę spokojniej, nawet w sezonie saneczkarskim nie jest aż tak źle. Najgorsze są kwiecień, maj i czerwiec: to miesiące urazów, rowerków komunijnych, ognisk, w które dzieci wpadają… Oczywiście bez względu na porę roku mamy tutaj co tydzień do czynienia z syndromem piątkowej nocy, kiedy pogotowie dostarcza nam pijanych nastolatków.

MK: Dzień jest generalnie lepszy niż noc, bo my sami jesteśmy w lepszej formie. Powiem jednak szczerze, że paradoksalnie noce, podczas których dzieje się coś, co nakręca nam adrenalinę, są przez nas odczuwane jako lżejsze niż te, kiedy rodzice przywożą dzieci z byle czym, sądząc, że nocą nie będzie tutaj kolejki. Liczą na to, że jak przyjadą z przeziębionym dzieckiem o 4.00 rano, to zostaną przyjęci do lekarza od razu – co oczywiście często jest błędnym myśleniem, bo akurat nad ranem zaczynają się przecież zapalenia krtani i pogotowie zwozi do nas duszące się dzieci, które na pewno zostaną przyjęte w pierwszej kolejności. Często gdy widzę takich sprytnych rodziców, rodzi się we mnie przekonanie, że taka „troska” to rodzaj znęcania się nad dzieckiem, bo jak inaczej można nazwać zrywanie je ze snu i przywożenie do nas tylko po to, by rano uniknąć kolejki w rejonowej przychodni?

Skoro zeszliśmy na ten temat, to SOR jest nie tylko miejscem opatrywania ran i nastawiania kości. To właśnie tu wychwytuje się przypadki przemocy domowej, prawda?

JW: Rzeczywiście często tak się dzieje. To bardzo trudny dla nas temat. Zespół dziecka krzywdzonego często nie jest rozpoznawany, bo rodzice prawie zawsze kłamią, co się dziecku stało. Często mówią, że dziecko spadło czy uderzyło się, a oni przyszli „tylko sprawdzić”. A na badaniach wychodzą np. charakterystyczne stare złamania powstałe podczas wykręcania rąk.

MK: Na ogół jeżeli podejrzewamy, że dziecko jest ofiarą przemocy domowej, zostawiamy je na obserwację. Naszą czujność budzi np. to, że rodzic nie jest w stanie dokładnie wytłumaczyć tego, co widzimy u dziecka: siniaków, ran. Ale takie sytuacje są bardzo delikatne i zniuansowane. Bywają dzieci, które są posiniaczone z powodu bicia, ale są i takie, które się siniaczą z przyczyn zupełnie niezależnych od rodziców.

W poczekalni na Państwa oddziale wisi kilka kartek z apelem do rodziców, by nie karmili i nie poili dziecka – dlaczego?

JW: Często mamy w poczekalni taki obrazek, że dziecko przyjeżdża ze złamaniem i już na oko widać, że trzeba będzie nastawiać mu kość, a mama, by je uspokoić, daje mu do picia soczek. I nasz anestezjolog – a wszystkie złamania nastawiamy tylko i wyłącznie w znieczuleniu ogólnym – znieczuli to dziecko nie wcześniej niż po sześciu godzinach od tego soczku. To ważne, bo znieczulenie ogólne powoduje zwiotczenie mięśni, m.in. przełyku i oskrzeli, a to grozi, że płyny z żołądka mogłyby wrócić i spowodować zachłyśnięcie. Rodzice nie zdają sobie z tego sprawy i najpierw lekceważą naszą prośbę o niepojenie, a potem złoszczą się na nas, że ich dziecko musi czekać na tomografię czy na zabieg. Od tej zasady: „Nie poimy, nie karmimy” nie ma żadnych wyjątków. Niemowlę też musi wytrzymać te sześć godzin. Rodzice często obawiają się, że ono się przez ten czas odwodni, ale przecież my w razie potrzeby podłączymy mu kroplówkę nawadniającą i odżywiającą.

Czytaj także: Tomografia, rezonans , USG – kiedy i jak?

MK: Jedzenie i picie jest niewskazane także przed badaniami gardła czy układu pokarmowego, dlatego nawet jeśli rodzice nie spodziewają się znieczulenia, nie powinni łamać naszej zasady.

Czy przeciwgorączkowych leków też nie powinniśmy podawać przed przyjazdem na oddział ratunkowy?

MK: Tu akurat jest inaczej. W razie potrzeby rodzic zawsze powinien podać dziecku lek przeciwbólowy czy na gorączkę. To nie utrudni nam żadnych badań, za to poprawi dziecku komfort jazdy do szpitala, a potem komfort badania. Poza tym podanie leku przeciwbólowego pomoże nam w postawieniu diagnozy. Informacja, czy w przypadku bólu brzucha lek przeciwbólowy zadziałał czy nie zadziałał, jest dla nas bardzo istotna. Jeśli zadziałał, to już wiemy, że nie mamy do czynienia z zapaleniem otrzewnej. Natomiast co do gorączki, to wielokrotnie mieliśmy tutaj taką sytuację, że rozpalone dziecko tuż po wejściu do gabinetu dostawało drgawek gorączkowych, bo rodzic specjalnie nie podał leku, by pediatra zobaczył, z jak poważną sytuacją ma tu do czynienia.

Sprawdź: Zasady podawania leków na gorączkę.

A jak jest z ranami? Przemywać? Opatrywać?

MK: Na pewno lepiej nie stosować żadnych środków barwionych, np. gencjany, bo one zasłaniają to, co się z raną naprawdę dzieje. Nawet jodyna, choć ma jaśniejszy, żółty kolor, może zniekształcić nam obraz tkanki. Warto za to ranę przemyć, najlepiej wodą z mydłem. To może odrobinę szczypać malucha, ale pomaga w gojeniu. Jeżeli mamy jałowy gazik, możemy ranę zakryć. Rodzice nie powinni natomiast wyjmować np. wbitej w rękę dziecka drzazgi ze stłuczonej szklanki. Jeśli pod spodem jest uszkodzone duże naczynie krwionośne, to ciało obce je zatyka i chroni przed krwotokiem. W takiej sytuacji bez żadnej wątpliwości jedziemy prosto na SOR, gdzie lekarz sam wyjmie szkło i będzie w stanie szybko ranę zacerować. A skoro o tym mowa, to z ranami, gdzie nastąpiło tak głębokie uszkodzenie skóry, że widać, co jest pod spodem, zawsze jedziemy do szpitala, nawet jeśli rana nie krwawi obficie.

Jakie przypadki są dla Państwa najtrudniejsze?

MK: Na pewno nie chciałabym oglądać dzieci pobitych przez własnych rodziców ani poparzonych kretem do rur czy po wypiciu środków do ochrony roślin. Zimą przed każdym dyżurem boję się, że będę musiała ratować dzieci z kuligów, gdzie saneczki były przypięte do auta. To są bardzo dramatyczne sytuacje, nieraz mocno musieliśmy walczyć o życie dziecka. I o ile upadków, złamań czy bólów brzucha nie zawsze da się uniknąć, to sytuacji, że dziecko we własnym domu wypiło płyn do czyszczenia wanny, można. Wystarczy trochę rodzicielskiej wyobraźni. 

*Dziecięcy Szpitalny Oddział Ratunkowy przy ul. Niekłańskiej 4/24 w Warszawie jest jedynym na Mazowszu i jednym z zaledwie kilkunastu w Polsce SOR-ów przeznaczonych tylko dla dzieci od 0 do 18 lat. Placówka jest wyposażona w nowoczesny sprzęt diagnostyczny, np. tomograf komputerowy czy USG, salę zabiegową oraz salę obserwacyjną, na której dzieci mogą przebywać przed podjęciem przez lekarzy decyzji o ewentualnej hospitalizacji. W ciągu ostatniego roku SOR przy Niekłańskiej przyjął ponad 50 tysięcy małych pacjentów.

Sprawdź też: Pierwsza pomoc – instruktaż na filmach
Redakcja poleca: Pierwsza pomoc - złamanie ręki u dziecka - film
Sprawdź, jak postępować przy urazie ręki u dziecka. Zobacz, co robić, gdy podejrzewasz złamanie ręki.
Oceń artykuł

Ocena 4 na 7 głosy

Zobacz także

Popularne tematy