Kiedy na platformach streamingowych lub w serwisie YouTube bez trudu odnajdujemy tytuły, które u schyłku lat dziewięćdziesiątych i na początku dwutysięcznych rewolucjonizowały rynek dziecięcej rozrywki, intuicyjnie traktujemy je jako bezpieczną, sprawdzoną przystań. Skoro sami na tym wyrośliśmy, z czystym sumieniem włączamy te same programy naszym pociechom, licząc na chwilę upragnionego oddechu w ciągu intensywnego dnia.

WIDEO…

player placeholder

Niedawno jedna z moich redakcyjnych koleżanek postanowiła zafundować swojemu trzylatkowi seans z uroczo wyglądającymi, pulchnymi postaciami z anteny BBC, na punkcie których kiedyś dosłownie oszalał cały świat. To, co z perspektywy dorosłego miało być niewinnym, kolorowym i pełnym ciepła widowiskiem, błyskawicznie wzbudziło ogromny niepokój u zaprzyjaźnionej specjalistki zajmującej się terapią mowy. Analiza tego, jak ta specyficzna, brytyjska produkcja wpływa na niedojrzały mózg kilkulatka, obnażyła zatrważające fakty, o których większość z nas nie miała pojęcia.

Chodzi o kultowe Teletubisie (Teletubbies) – program, dla którego współcześni logopedzi oraz pedagodzy są absolutnie bezlitośni, wskazując go jako jedno z najbardziej podstępnych źródeł utrwalania u dzieci najgorszych nawyków komunikacyjnych i behawioralnych.

Zobacz także:

Dlaczego Teletubisie opóźniają rozwój mowy u najmłodszych dzieci?

Żeby w pełni pojąć skalę problemu, trzeba przyjrzeć się warstwie językowej, na której opiera się cały format przygód Tinky Winky'ego, Dipsy'ego, Laa-Laa i Po. Te cztery barwne postacie posługują się specyficznym, skrajnie uproszczonym i zniekształconym językiem, który w psychologii określa się mianem baby talk. Zamiast poprawnych, czystych fonetycznie słów, z głośników nieustannie dobiegają infantylne okrzyki, zniekształcone sylaby, mlaskanie oraz słynne, powtarzane do znudzenia hasło „tuli, tuli”. Dla małego dziecka, które znajduje się w krytycznej fazie rozwoju aparatu mowy i uczy się świata wyłącznie poprzez naśladownictwo rówieśników i dorosłych, jest to pułapka poznawcza.

Neurologopedzi stawiają sprawę jasno: maluch potrzebuje słyszeć poprawny język, wyraźną artykulację oraz naturalną melodię zdań, by móc prawidłowo formować własne wypowiedzi. Kiedy dziecko przez kilkadziesiąt minut dziennie chłonie z ekranu bełkotliwą mowę fikcyjnych stworków, jego mózg koduje te nieprawidłowe dźwięki jako obowiązującą normę. W efekcie dzieci znacznie dłużej posługują się mową niemowlęcą, seplenią, mają ogromne trudności z budowaniem prostych zdań, a w skrajnych przypadkach dochodzi u nich do zauważalnego opóźnienia rozwoju mowy. Ta bajka zamiast stymulować i rozwijać, tworzy sztuczną barierę komunikacyjną, którą rodzice muszą później mozolnie przepracowywać w gabinetach terapeutycznych.

Jak specyficzna konstrukcja bajki Teletubisie przebodźcowuje dzieci?

Kolejnym aspektem, który budzi olbrzymi sprzeciw wśród pedagogów dziecięcych, jest warstwa wizualna oraz specyficzny, hipnotyzujący rytm tej bajki. Choć akcja na ekranie toczy się pozornie wolno, program naszpikowany jest elementami, które drastycznie przeciążają niedojrzały układ nerwowy przedszkolaka. Najlepszym przykładem są wmontowane w brzuszki postaci ekrany telewizyjne, na których wyświetlane są filmiki z prawdziwymi dziećmi. Co gorsza, każdy taki kilkuminutowy filmik jest w trakcie jednego odcinka puszczany dokładnie dwa razy z rzędu na wyraźne, głośne żądanie bohaterów, którzy skaczą i krzyczą: „Jeszcze raz, jeszcze raz!”.

Z perspektywy współczesnej psychologii behawioralnej jest to mechanizm skrajnie szkodliwy. Uczy on najmłodszych widzów natychmiastowej gratyfikacji, braku cierpliwości oraz wymuszania powtórki bodźca, który akurat sprawił im przyjemność. Powtarzalność scen połączona z jaskrawymi, nienaturalnymi barwami krainy Teletubisiów wprowadza malucha w stan przypominający letargiczny trans. Mózg dziecka zostaje zablokowany w biernym odbiorze, co drastycznie obniża zdolność koncentracji, zaburza procesy myślenia przyczynowo-skutkowego i sprawia, że po wyłączeniu telewizora dzieci stają się niespokojne, rozdrażnione, a nawet agresywne, ponieważ ich układ nerwowy desperacko próbuje poradzić sobie z nagłym odcięciem od silnego stymulatora.

Jak mądrze wybierać bezpieczne bajki i wspierać edukację dziecka?

Jako świadomi rodzice żyjący w XXI wieku musimy ostatecznie pożegnać się z mitem, że program wyprodukowany przez renomowaną, publiczną stację telewizyjną jest automatycznie bezpieczny dla naszego dziecka. Współczesna wiedza z zakresu neurobiologii i psychologii rozwoju poszła tak daleko do przodu, że pozwala nam bezlitośnie zweryfikować błędy popełniane przez twórców rozrywki w minionych dekadach. Nie bójmy się nakładać kategorycznych zakazów na tytuły, które w widoczny sposób szkodzą naszym pociechom, nawet jeśli sami wspominamy je z łezką w oku.

Wybierając animacje dla najmłodszych, szukajmy takich pozycji, w których narrator lub bohaterowie mówią pełnymi, spokojnymi, gramatycznie poprawnymi zdaniami, dając dziecku czas na powtórzenie słów i zrozumienie kontekstu. Zamiast serwować maluchom infantylny bełkot i mechaniczne powtórzenia, postawmy na mądre, wyciszone i zrównoważone bajki edukacyjne. Naszym nadrzędnym zadaniem jest ochrona wrażliwej psychiki dziecka przed cyfrowym chaosem i dawanie mu narzędzi do zdrowego, harmonijnego rozwoju.

Czasami najwspanialszym rozwiązaniem jest po prostu wyłączenie ekranu, wyjęcie tradycyjnych książeczek, wspólne opowiadanie wymyślonych historii lub spędzenie czasu na twórczej zabawie, która rozwinie wyobraźnię i mowę dziecka sto razy lepiej niż jakikolwiek telewizyjny hit z czasów naszego dzieciństwa.

Zobacz też: Wystarczą 3 minuty rano i wieczorem. Tak mądrzy rodzice budują w dziecku pewność siebie na całe życie