Wszystko zaczęło się całkiem zwyczajnie, od omawiania spraw organizacyjnych, składek i planów na zbliżające się pasowanie na przedszkolaka. Nagle jedna z matek podniosła rękę i całkowicie zmieniła temat, otwierając puszkę Pandory, z której wylało się najgorsze błoto. Zaczęła bardzo agresywnie opowiadać o tym, że w grupie jest dwójka dzieci, które ewidentnie nie nadają się do przebywania z normalnymi, dobrze wychowanymi maluchami.

WIDEO…

player placeholder

Spokojne spotkanie z wychowawczynią zamieniło się w lincz

Chodziło o chłopca zmagającego się z silnymi problemami z adaptacją oraz dziewczynkę, która w momentach przebodźcowania krzyczy i rzuca zabawkami. Kobieta bez cienia zażenowania stwierdziła, że jej idealna córka wraca do domu zestresowana i cierpi przez niewychowane jednostki. W tym momencie na sali poruszyły się krzesła, a ja byłam pewna, że zaraz ktoś zrównoważy tę wypowiedź i przypomni, że mówimy o zagubionych trzylatkach.

Niestety, zamiast głosu rozsądku, w klasie wybuchł prawdziwy festiwal nienawiści, a kolejni rodzice zaczęli licytować się na opowieści o tym, jak bardzo ich domowe aniołki są poszkodowane. Wszyscy zaczęli głośno potakiwać, a z tyłu sali padło nawet hasło, że trzeba napisać oficjalne pismo do dyrekcji z żądaniem natychmiastowego usunięcia tej dwójki z grupy.

Zobacz także:

Dlaczego dorośli ludzie odmawiają empatii wrażliwym maluchom

Siedziałam tam jak sparaliżowana, patrząc na twarze tych eleganckich matek i zaangażowanych ojców, którzy z zaciętymi minami domagali się ukarania małych, bezbronnych istot. Nikt nie zapytał, dlaczego te dzieci tak się zachowują, nikt nie pomyślał, że może ten krzyczący chłopiec przechodzi właśnie przez gigantyczny kryzys emocjonalny. Liczyło się tylko to, żeby odizolować problem, wyrzucić go za drzwi i udawać, że świat składa się wyłącznie z cichych, posłusznych i idealnie dopasowanych do szablonu lalek.

Gdy próbowałam nieśmiało wtrącić, że to przecież dopiero początek roku i te dzieci potrzebują czasu oraz wsparcia specjalisty, zostałam natychmiast zakrzyczana przez resztę grupy. Usłyszałam, że jestem naiwna i że przez takie myślenie ucierpi poziom edukacji w całej grupie, a agresywne zachowania zniszczą psychikę reszty podopiecznych. Przedszkole ma uczyć empatii, dzielenia się zabawkami i wspólnej zabawy, ale jak te maluchy mają się tego nauczyć, skoro w domach słyszą od własnych rodziców pogardliwe komentarze o rówieśnikach. Ta bezwzględna segregacja i chęć pozbycia się każdego, kto w jakikolwiek sposób odstaje od normy, po prostu rozerwała mi serce.

Moja walka o godność każdego przedszkolaka w grupie

Nauczycielka prowadząca zebranie była wyraźnie zmieszana i widać było, że ta fala agresji ze strony rodziców całkowicie ją zaskoczyła oraz przerosła. Próbowała tłumaczyć procedury, opowiadała o pracy z psychologiem i pedagogiem, ale wściekły tłum nie chciał słuchać o terapiach, tylko domagał się natychmiastowych, radykalnych cięć. Wróciłam do domu z potwornym bólem głowy i wyrzutami sumienia, że nie krzyczałam głośniej w obronie tych piętnowanych dzieci, których rodziców akurat nie było na tym spotkaniu. Postanowiłam, że nie odpuszczę tej sprawy i już zapisałam się na indywidualną rozmowę z dyrekcją, żeby jasno przedstawić swój sprzeciw wobec jakichkolwiek prób usuwania dzieci z grupy. 

Mam nadzieję, że mój list opublikowany na Waszych łamach dotrze do tych wszystkich idealnych rodziców i zmusi ich do refleksji, zanim znowu zaczną pluć swoim jadem.

Michalina,


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: Niesmaczny zwyczaj rodziców w przedszkolnej szatni. Opiekunka nie kryje wstydu: „Obrzydliwość”