Mama małego dziecka, które niemal nie schodzi z rąk, często słyszy, że „sama je sobie rozpieściła”. To nieprawda. Kiedy moja sąsiadka opowiedziała mi, że jej synek płacze za każdym razem, gdy wychodzi choćby do łazienki, od razu wiedziałam, o czym mówi. Sama przez to przeszłam, a trzy proste rzeczy naprawdę pomogły opanować sytuację. Nie stało się to z dnia na dzień, ale cierpliwość popłaciła. Pierwszy samodzielny pobyt w łazience smakował jak rajskie wakacje.
WIDEO…
Dziecko-rzep to zwykle etap rozwoju, nie błąd
To, co rodzice nazywają „dzieckiem-rzepem” albo „mamozą”, specjaliści opisują jako lęk separacyjny. Najczęściej zaczyna się między 6. a 12. miesiącem życia, często nasila się około 9. miesiąca i stopniowo słabnie w okolicach 2.–3. roku życia. To prawidłowy etap, a nie oznaka rozpieszczenia czy wychowawczego potknięcia.
Dziecko w tym czasie coraz silniej przywiązuje się do głównego opiekuna i zaczyna rozumieć, że rodzic istnieje także wtedy, gdy znika z pola widzenia, ale nie umie jeszcze dobrze przewidzieć, kiedy wróci. Niepokój bywa większy, gdy maluch jest zmęczony, głodny, chory albo przechodzi zmianę, na przykład początek opieki poza domem. Warto o tym pamiętać, bo sama intensywność przywiązania nie świadczy o nadopiekuńczości.
Trzy rzeczy, które poradziłam sąsiadce zmagającej się z dzieckiem-rzepem
Sąsiadce powiedziałam dokładnie to, co kiedyś pomogło mnie. Pierwsza rzecz: żegnaj się świadomie i nie wymykaj ukradkiem, nawet jeśli to kuszące. Zamiast tego powiedz dziecku krótkie, spokojne „pa pa”. Taka komunikacja daje maluchowi znać, że go nie porzucasz, i uczy go pewności, że wrócisz. Chroni też przed niepokojem, że znikniesz niezauważona, i przed rozpaczą, gdy dziecko zorientuje się, że już cię nie ma.
Druga rzecz: pozwól dziecku chwilę popłakać. To zrozumiałe, że wolałoby być na rękach niż na macie do zabawy, więc protest bywa naturalny. Kiedy jednak maluch odkryje, że mata to całkiem miłe miejsce („o, ta ośmiorniczka jest fajna!”), stopniowo poczuje się tam pewniej. Podnoszenie dziecka natychmiast po każdym kwęknięciu utrwala przekonanie, że płacz od razu kończy się braniem na ręce.
Trzecia rzecz: pozwól, żeby maluch pobył chwilę u innej osoby, choćby na kilka minut na początek. Z czasem, dzięki stopniowemu oswajaniu, dziecko mniej kurczowo trzyma się jednej osoby. Może zacznie „przyczepiać się” do obojga rodziców, a nie tylko do jednego, albo do dziadków. To jednak wymaga cierpliwości i konsekwentnego kontaktu z nową twarzą. Czasem zajmuje pięć minut, a czasem pięć miesięcy.
Dodatkowe sposoby, które warto wypróbować w domu
Oprócz tych trzech rzeczy pomaga kilka drobiazgów, które łatwo wpleść w codzienność. Ćwicz krótkie rozstania z zaufaną osobą i stopniowo wydłużaj czas rozłąki. Wybieraj dobry moment, bo rozstanie jest łatwiejsze, gdy dziecko jest wypoczęte i najedzone, a głód, zmęczenie i choroba zwykle nasilają niepokój.
Zadbaj też o stały rytuał: podobna pora, te same słowa i znany opiekun zmniejszają niepewność. Zachowaj spokój, bo niemowlę wyczuwa napięcie, a pewny, łagodny ton jest dla niego sygnałem bezpieczeństwa. Proste zabawy w „a kuku” pomagają maluchowi doświadczać, że ktoś może zniknąć i znów się pojawić.
Kiedy warto skonsultować się ze specjalistą?
U niemowlęcia sam fakt, że chce być stale na rękach albo płacze przy wyjściu rodzica, zwykle mieści się w normie rozwojowej. Warto jednak porozmawiać z pediatrą lub psychologiem dziecięcym, jeśli lęk jest bardzo silny i nie słabnie mimo stopniowego oswajania, uniemożliwia sen, karmienie czy codzienne funkcjonowanie albo utrzymuje się w znacznym nasileniu po okresie przedszkolnym.
Pilnego kontaktu z lekarzem wymaga sytuacja, gdy płacz jest nagły i nieutulony, towarzyszą mu niepokojące objawy albo dziecko zaczyna cofać się w rozwoju. W większości przypadków jednak dziecko-rzep z czasem po prostu z tego wyrasta, a cierpliwość i spokojna konsekwencja robią swoje.
Zobacz także: Wystarczą 3 minuty rano i wieczorem. Tak mądrzy rodzice budują w dziecku pewność siebie na całe życie