Kiedy patrzę dziś na moje dorosłe dzieci, czuję ogromną dumę. Potrafią podejmować własne decyzje, nie boją się wyzwań i umieją bronić swojego zdania. Oczywiście nie zawsze wszystko im wychodzi, ale nie poddają się po pierwszej porażce. Często zastanawiam się, co najbardziej pomogło mi w ich wychowaniu. I za każdym razem wracam do trzech prostych zdań, które przez lata powtarzałam sobie w myślach. To one przypominały mi, jaką mamą chcę być, zwłaszcza w trudniejszych chwilach.
WIDEO…
Trzy zasady, które pomogły mi wychować pewne siebie dzieci
Wychowywanie dzieci to nieustanne podejmowanie decyzji. Czasami trzeba zareagować natychmiast, innym razem lepiej się powstrzymać i pozwolić dziecku samodzielnie poradzić sobie z problemem. Przyznaję, że nie zawsze wiedziałam, co zrobić. Zdarzało mi się tracić cierpliwość, martwić się na zapas albo chcieć wyręczyć dzieci, żeby oszczędzić im rozczarowania.
Z czasem zrozumiałam jednak, że moim zadaniem nie jest usuwanie wszystkich przeszkód z ich drogi. Chciałam wychować ludzi, którzy będą potrafili samodzielnie myśleć, szanować innych i brać odpowiedzialność za własne decyzje.
Pomogły mi w tym trzy zdania, które traktowałam jak osobisty drogowskaz. Nie powtarzałam ich dzieciom. Powtarzałam je sobie, szczególnie wtedy, gdy emocje brały górę i najłatwiej było zareagować złością, zakazem albo nadmierną kontrolą.
„Pozwól dziecku decydować”
To zdanie powtarzałam sobie szczególnie często, kiedy dzieci zaczynały dorastać. Jako mama chciałam przecież uchronić je przed błędami, rozczarowaniami i niepotrzebnym stresem. Czasami najchętniej sama zdecydowałabym, z kim powinny się przyjaźnić, jakie zajęcia dodatkowe wybrać albo jak rozwiązać konflikt z kolegą.
Musiałam jednak przypominać sobie, że dziecko nie nauczy się samodzielności, jeśli wszystkie decyzje będą podejmować za nie dorośli.
Zaczynałam od drobiazgów. Pozwalałam już kilkulatkom wybierać ubrania, decydować, jak chcą spędzić wolne popołudnie, a starszym dzieciom samodzielnie planować kieszonkowe. Oczywiście nie zawsze podobały mi się ich pomysły. Zdarzało się, że pieniądze znikały w ciągu dwóch dni albo strój wybrany do przedszkola zupełnie nie pasował do mojego poczucia estetyki. W takich chwilach brałam głęboki oddech i powtarzałam sobie: „Pozwól dziecku decydować”.
Z wiekiem decyzje stawały się poważniejsze. Dotyczyły wyboru szkoły, rozwijania zainteresowań czy planów na przyszłość. Starałam się doradzać, przedstawiać różne możliwości i rozmawiać o konsekwencjach, ale nie narzucać własnych ambicji.
Nie oznaczało to całkowitej swobody. Dzieci potrzebowały mojego wsparcia i wskazówek, a nie pozostawienia ich samym sobie. Chodziło o znalezienie równowagi między troską a zaufaniem.
Dziś moje dzieci potrafią podejmować trudne decyzje bez ciągłego szukania potwierdzenia u innych. Nie zawsze wybierają tak, jak ja bym wybrała, ale wiedzą, że mają prawo do własnej drogi. I właśnie z tego jestem szczególnie dumna.
„Mów do dziecka z szacunkiem”
Drugie zdanie było dla mnie chyba największym wyzwaniem. Łatwo przecież mówić o szacunku, kiedy wszyscy są wypoczęci, spokojni i w dobrym humorze. Znacznie trudniej pamiętać o nim, gdy dziecko po raz piąty ignoruje prośbę, kłóci się z rodzeństwem albo przynosi ze szkoły kolejną uwagę.
Nie twierdzę, że zawsze zachowywałam spokój. Zdarzało mi się podnieść głos, powiedzieć coś zbyt ostro, a później żałować. Ale właśnie wtedy starałam się wracać do swojej zasady: „Mów do dziecka z szacunkiem”.
Zrozumiałam, że szacunek nie oznacza zgadzania się na wszystko. Mogłam być niezadowolona z zachowania syna czy córki, wyznaczyć granice albo odmówić spełnienia prośby, nie obrażając ich przy tym i nie podważając ich wartości.
Zamiast mówić: „Jesteś taki nieodpowiedzialny”, próbowałam powiedzieć: „Zachowałeś się nieodpowiedzialnie i musimy porozmawiać o konsekwencjach”.
Ta różnica wydawała mi się niezwykle ważna. Nie chciałam, żeby dzieci utożsamiały swoje błędy z tym, kim są. Starałam się również słuchać ich opinii, nawet jeśli wydawały mi się niedojrzałe. Dziecięce problemy bywają błahe z perspektywy dorosłego, ale dla kilkulatka kłótnia z najlepszym przyjacielem może być prawdziwym dramatem.
Nie wyśmiewałam więc ich uczuć i starałam się nie porównywać ich z innymi dziećmi. Kiedy sama postąpiłam niewłaściwie, przepraszałam. Chciałam pokazać im, że szacunek obowiązuje w obie strony i nie zależy od wieku.
Dziś widzę, że moje dzieci potrafią rozmawiać o trudnych sprawach bez poniżania rozmówcy. Wiedzą też, że mogą wyrazić sprzeciw i bronić swoich granic. Wierzę, że sposób, w jaki traktowaliśmy się w domu, pomógł im rozwinąć tę umiejętność.
„Dziecko musi mieć zasady”
Trzecie zdanie powtarzałam sobie wtedy, gdy najchętniej przymknęłabym na coś oko dla świętego spokoju.
Nie chciałam być surową matką, która wszystkiego zabrania. Zależało mi na bliskiej relacji z dziećmi, na wzajemnym zaufaniu i przyjaznej atmosferze. Szybko przekonałam się jednak, że rodzicielstwo nie polega wyłącznie na spełnianiu dziecięcych życzeń.
Dzieci potrzebują jasnych zasad, żeby wiedzieć, czego mogą się spodziewać. Dlatego w naszym domu obowiązywały ustalenia dotyczące obowiązków, korzystania z elektroniki, nauki czy odnoszenia się do innych.
Nie były to reguły wymyślone po to, żeby pokazać, kto rządzi. Starałam się wyjaśniać, dlaczego coś jest ważne. Jeśli umawialiśmy się, że przed snem odkładamy telefony, zasada dotyczyła również dorosłych. Jeśli dzieci miały sprzątać po sobie, my także dbaliśmy o porządek we wspólnych pomieszczeniach.
Najtrudniejsza była konsekwencja. Zdarzało się, że córka błagała o jeszcze pół godziny przed ekranem, a syn obiecywał, że odrobi lekcje później. Czasami byłam tak zmęczona, że najprościej byłoby się zgodzić.
Wtedy przypominałam sobie: „Dziecko musi mieć zasady”. Nie chodziło jednak o ślepe trzymanie się reguł bez względu na okoliczności. Potrafiliśmy robić wyjątki i zmieniać ustalenia, kiedy dzieci dorastały lub pojawiały się nowe potrzeby. Ważne było dla mnie, żeby zasady były zrozumiałe, sprawiedliwe i przewidywalne.
Dzięki temu dzieci uczyły się, że wolność wiąże się z odpowiedzialnością, a każda decyzja może mieć określone konsekwencje. Miały też poczucie bezpieczeństwa, bo wiedziały, gdzie przebiegają granice.
Dzisiaj, kiedy są już dorosłe, nie potrzebują mojego przypominania o obowiązkach. Same organizują sobie życie, dotrzymują zobowiązań i potrafią przyznać się do błędów.
Zobacz też: Rodzice o niskim EQ nagminnie powtarzają te 3 zdania. Zostawiają zadrę na lata