Droga Redakcjo! Żyjemy w czasach, w których pod płaszczykiem nowoczesności, równouprawnienia i modnego hasła „fifty-fifty” kryje się zwyczajne, męskie cwaniactwo i wygoda. W większości znanych mi polskich małżeństw schemat wygląda identycznie – kobieta pracuje na pełen etat, po powrocie ogarnia drugi etat w domu, a jej pensja idzie na bieżące zakupy spożywcze, chemię, ubrania dla dzieci, teatrzyki w przedszkolu i lekarzy. Mąż z kolei dumnie ogłasza, że on płaci za te duże rzeczy, czyli kredyt, leasing auta albo czynsz, a na koniec miesiąca i tak potrafi rzucić tekstem: „Zrzucamy się po 2 tysiące złotych na wakacje, bo przecież jedziemy razem”.
WIDEO…
Kiedy rozmawiam o tym z moimi koleżankami z pracy, każda tylko wzdycha, mówiąc, że takie są realia i faceci w Polsce po prostu tacy są. Otóż nie, nie są tacy wszędzie. Moje oczy otworzyły się szeroko dopiero wtedy, gdy po latach spotkałam Magdę, moją przyjaciółkę ze studiów, która od kilku lat mieszka w Anglii. Jej opowieść o tym, jak wygląda podział finansów w jej związku, dosłownie wbiła mnie w fotel. Magda ma męża z RPA i tam model fifty-fifty po prostu nie istnieje. Ten człowiek bez mrugnięcia okiem płaci za dom, za ich wspólne życie, a co najbardziej niesamowite – w pełni utrzymuje jej córkę z pierwszego małżeństwa, traktując to jako swój absolutny, męski obowiązek.
Dlaczego model fifty-fifty w Polsce krzywdzi pracujące matki?
Polscy mężczyźni stali się niesamowicie wygodni, bo nauczyli się czerpać z nowoczesności tylko to, co dla nich opłacalne. Chcą mieć partnerkę, która dokłada się do budżetu dokładnie w połowie, ale w drugą stronę to już nie działa. Kiedy dziecko choruje, to kobieta bierze wolne i ma mniejszą pensję. Kiedy trzeba kupić buty na zimę, podręczniki czy opłacić komitet, to matka biega po sklepach i wydaje swoje pieniądze, bo facet uważa, że „przecież kupiłem jedzenie, to o co ci chodzi”.
U nas układ partnerski oznacza, że kobieta zostaje z pustym portfelem, harując na rzecz ogniska domowego. Za granicą, z tego co opowiada Magda i inne dziewczyny z emigracji, podejście jest zupełnie inne. Tam mężczyzna czuje się głową rodziny w tym tradycyjnym, pięknym sensie – uważa, że zapewnienie bezpieczeństwa finansowego kobiecie i dzieciom to jego rola. Kobieta może pracować, rozwijać się, mieć swoje pieniądze, ale nikt nie rozlicza jej z każdego paragonu za chleb czy mleko.
Jak zagraniczni mężczyźni podchodzą do finansów i cudzych dzieci?
To, co mnie najbardziej poruszyło w historii Magdy, to kwestia jej dziecka z poprzedniego związku. W Polsce samotna matka z dzieckiem bardzo często słyszy (albo czyta w internecie), że jest „kobietą z odzysku z bagażem” i żaden szanujący się facet nie będzie łożył na nie swoje potomstwo. Polscy faceci panicznie boją się, że wydadzą chociaż złotówkę na nieswoje dziecko, żądając alimentów od byłego partnera kobiety i patrząc jej na ręce przy każdym zakupie.
Tymczasem mąż Magdy, chłopak wychowany w zupełnie innej kulturze, od pierwszego dnia powiedział krótko: „Skoro jesteś moją żoną, to twoja córka jest moją córką. Nie wyobrażam sobie, żeby w moim domu dziecko nie miało zapewnionego wszystkiego, co najlepsze”. On nie liczy, ile mała zjadła, nie każe Magdzie płacić za jej angielską szkołę z własnych oszczędności. Po prostu płaci za wszystko, bo uważa, że skoro wziął odpowiedzialność za kobietę, to bierze ją z całym jej życiem. To jest dojrzałość, której u wielu polskich, roszczeniowych trzydziesto- i czterdziestolatków ze świecą szukać.
Jak rozmawiać o pieniądzach w związku i nie dać się wykorzystywać?
Piszę ten list, bo mam już serdecznie dość udawania, że wszystko jest w porządku i że to legendarne fifty-fifty to szczyt nowoczesności. Nie, to nie jest nowoczesność – to jest układ, w którym my, Polki, dajemy się zwyczajnie wykorzystywać, bo boimy się wyjść na materialistki. Wstydzimy się rozmawiać z partnerami o pieniądzach, a potem płaczemy w poduszkę, gdy przed wypłatą brakuje nam na dentystę dla dziecka, podczas gdy nasi mężowie odkładają na swoje konta oszczędnościowe „na czarną godzinę“.
Czas z tym skończyć. Musimy zacząć głośno mówić o tym, że opieka nad dziećmi, sprzątanie, gotowanie i rodzenie to też jest realna wartość, którą wnosimy do związku. Jeśli dokładamy się do życia naszą ciężką pracą w domu, to facet nie ma prawa żądać od nas równego podziału rachunków co do grosza. Weźmy przykład z kobiet, które wyjechały i zobaczyły, że można żyć inaczej – w szacunku, poczuciu bezpieczeństwa i bez kalkulatora w ręku przy każdym wyjściu do dyskontu. Nasze poczucie bezpieczeństwa i spokój naszych dzieci są warte o wiele więcej niż święty spokój faceta, który chce mieć w domu i kucharkę, i bizneswoman w jednym.
Zatroskana i zmęczona Polka
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl