Mama była w szoku, gdy kelnerka zapytała, czy zapłaci 10 zł, czy może coś zamówić. Kobieta nie kryje oburzenia. „Przecież to tylko małe dziecko, ile ono tej wody i papieru zużyje?” – pyta.

WIDEO…

player placeholder

„Nie chciałam tam siedzieć pół dnia”

Dzień dobry, muszę się wyżalić, bo naprawdę nie rozumiem, co się dzieje z ludźmi. Poszliśmy z synkiem na spacer do parku, piękna pogoda, wszystko fajnie, aż nagle zachciało mu się siusiu. A że dopiero co się odpieluchowaliśmy, to wiadomo, że nie mogę teraz odpuszczać. Jak chce siku, to trzeba go zaprowadzić do toalety, bo inaczej cały nasz trud pójdzie na marne.

W pobliżu była restauracja, więc weszłam z małym i od razu poszłam w stronę toalety. A tu niespodzianka, drzwi zamknięte na klucz. Na drzwiach jeszcze kartka, że toaleta kosztuje 10 zł. Poszłam więc do bufetu poprosić o klucz, a kelnerka od razu pyta, czy płacę kartą, czy gotówką.

Zobacz także:

Myślałam, że się przesłyszałam. Pytam ją, za co mam płacić, skoro chcę tylko wejść z dzieckiem do toalety. A ona mi na to, że toaleta jest bezpłatna dla klientów, więc jeśli coś zamówię, to oczywiście możemy skorzystać. Nawet chciała nam wskazać stolik. Tylko że ja nie przyszłam tam jeść! Dziecko chciało siku, i to już, a nie za pół godziny po zamówieniu obiadu.

Powiedziałam jej, że nie będę zamawiać żadnego jedzenia tylko po to, żeby trzylatek mógł skorzystać z toalety. Na co ona spokojnie powtórzyła, że jeśli nie jesteśmy klientami, obowiązuje opłata 10 zł. No ludzie kochani, czy ta kobieta postradała zmysły?

Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

„Przecież to tylko małe dziecko!”

Naprawdę nie rozumiem takiego podejścia. Przecież nie chciałam tam urządzać sobie pikniku, zajmować stolika ani siedzieć przez dwie godziny. Potrzebowaliśmy dosłownie kilku minut. Mały ma trzy lata, rączki malutkie, ile on tej wody czy mydła zużyje.

Najgorsze, że jak dziecku chce się siku, to ono nie będzie czekało, aż mama znajdzie toaletę publiczną albo zamówi kawę. My dopiero uczymy się korzystania z toalety i nie mogę mu powiedzieć: „Wytrzymaj jeszcze pół godziny, bo pani w restauracji chce zarobić dychę”. Przecież to absurd.

Ta kelnerka na bank nie ma dzieci, bo gdyby miała, to wiedziałaby, jak to wygląda. Dziecko mówi, że chce siku, i trzeba działać. Nie ma czasu na dyskusje o cenniku i zastanawianie się, czy bardziej opłaca się zapłacić, czy zamówić herbatę.

Ostatecznie musiałam szukać innego miejsca. Cała sytuacja mnie zdenerwowała, a syn też nie rozumiał, dlaczego nie możemy po prostu wejść do toalety. Nie wiem, czy jeszcze kiedyś pójdę do tej restauracji, ale na pewno nie będę jej polecać innym rodzicom.

Dla mnie to jest zwykły brak serca. Rozumiem, że lokal musi sprzątać i płacić rachunki, ale naprawdę nie można czasem zrobić wyjątku dla małego dziecka? Nie chodziło o dorosłego, który chce za darmo skorzystać z toalety, tylko o trzylatka, który dopiero uczy się samodzielności. Myślałam, że w takiej sytuacji ludzie potrafią wykazać trochę zrozumienia.

Czy oburzenie matki jest uzasadnione? Komentarz redakcji

Rozumiemy stres rodzica, który próbuje nauczyć trzylatka korzystania z toalety. Na tym etapie nauki dziecko nie zawsze potrafi długo czekać, a szybkie znalezienie łazienki może być naprawdę ważne. Nie oznacza to jednak, że restauracja ma obowiązek bezpłatnie udostępniać swoją toaletę każdej osobie z ulicy.

Właściciel lokalu może ustalić, że toaleta jest bezpłatna dla klientów, a osoby, które nie zamawiają niczego, muszą zapłacić za skorzystanie z niej albo nie mają do niej dostępu. Jeśli opłata wynosi 10 zł, jej wysokość powinna być jasno i czytelnie podana przed skorzystaniem z usługi.

Można dyskutować, czy w takiej sytuacji warto wykazać się życzliwością i zrobić wyjątek dla rodzica z małym dzieckiem. To jednak kwestia dobrej woli, a nie automatyczny obowiązek restauracji. Z drugiej strony, jeśli zasady są jasno przedstawione, trudno oczekiwać, że obsługa udostępni toaletę bezpłatnie tylko dlatego, że osoba prosząca o klucz uważa, że dziecko zużyje niewiele wody i papieru.

Zobacz także: Wstrząsające zachowanie dziecka w restauracji: rodzice nawet nie spojrzeli. To zdjęcie to dowód porażki wychowawczej