Poszłam do naszej parafii tylko po to, żeby załatwić formalności związane z pogrzebem w rodzinie i przy okazji, wywołana do tablicy przez proboszcza, szczerze powiedziałam, jakie mamy plany wobec małego. Wtedy usłyszałam od księdza pytanie, które dosłownie wybiło mnie z rytmu i sprawiło, że do teraz czuję w sobie ogromny bunt. Duchowny spojrzał na mnie z wyższością i zapytał, jak w takim razie chcemy wychować to dziecko na dobrego człowieka, skoro odcinamy je od wiary chrześcijańskiej.

WIDEO…

player placeholder

Rozmowa w kancelarii parafialnej otworzyła mi oczy na pewien problem

Siedziałam tam i przez dłuższą chwilę nie potrafiłam wykrztusić z siebie ani jednego słowa, bo poczułam się tak, jakby ktoś publicznie zarzucił mi, że bez kościelnej pieczątki mój syn jest skazany na bycie złym i zepsutym człowiekiem. Dlaczego w naszym społeczeństwie wciąż pokutuje to potworne, krzywdzące przekonanie, że tylko religia i strach przed grzechem potrafią wbić człowiekowi do głowy podstawowe zasady moralne? Przecież bycie porządnym, empatycznym i wrażliwym człowiekiem nie zależy od tego, czy co niedzielę siedzi się w pierwszej ławce i daje na tacę, ale od tego, jakie wartości wyniesie się z rodzinnego domu.

Razem z mężem szanujemy innych, pomagamy słabszym, nie kradniemy, nie kłamiemy i dokładnie tego samego, poprzez własny, codzienny przykład, chcemy nauczyć naszego małego synka. Chcemy pokazać mu, że warto być dobrym dla innych ludzi po prostu dlatego, że tak należy, a nie dlatego, że ktoś nam grozi karą po śmierci albo obiecuje nagrodę w niebie. Słowa tego duchownego zabolały mnie jako matkę, bo uderzyły w moje najszczersze intencje rodzicielskie i pokazały, jak bardzo ograniczona bywa ludzka perspektywa.

Zobacz także:

Wartości moralne można przekazać dziecku bez pomocy instytucji

Po powrocie do domu długo rozmawiałam o tym z mężem i oboje doszliśmy do wniosku, że ta sytuacja tylko utwierdziła nas w przekonaniu, że nasza decyzja o rezygnacji z chrztu była absolutnie słuszna. Chcemy dać naszemu dziecku pełną wolność wyboru, gdy dorośnie, i jeśli jako nastolatek czy dorosły facet uzna, że chce wejść do jakiejkolwiek wspólnoty religijnej, to sami go w tym wesprzemy i pójdziemy z nim do kościoła. Na razie jednak to my odpowiadamy za jego kręgosłup moralny i zamierzamy uczyć go empatii do zwierząt, szacunku dla starszych i wrażliwości na krzywdę drugiego człowieka poprzez normalne, codzienne sytuacje.

Najbardziej przeraża mnie to, że moi właśni rodzice i teściowie po usłyszeniu o tej rozmowie z księdzem od razu stanęli po jego stronie, twierdząc, że bez chrztu dziecko będzie dzikie i nieporadne życiowo. To niesamowite, jak głęboko w starszym pokoleniu siedzi ten lęk przed opinią sąsiadów i przed tym, co ludzie powiedzą, gdy dziecko nie pójdzie do pierwszej komunii razem z całą klasą.

Moje dziecko nie będzie gorsze tylko dlatego, że nie ma chrztu

Napisałam ten list, bo wiem, że na portalu Mamotoja jest mnóstwo młodych mam, które zmagają się z dokładnie taką samą presją ze strony rodziny i otoczenia. Chcę Wam powiedzieć, żebyście nie dawały wpędzać się w poczucie winy przez kogokolwiek, nawet przez ludzi w sutannach, którzy roszczą sobie prawo do monopolu na wychowanie porządnych obywateli.

Miłość, ciepło, rozmowa i poświęcony dziecku czas są warte tysiąc razy więcej niż mechaniczne zaliczanie kolejnych sakramentów dla świętego spokoju i opinii otoczenia. Mój syn będzie dobrym człowiekiem, bo ma obok siebie kochających, mądrych rodziców, którzy nauczą go szacunku do świata, a brak wody święconej na jego głowie w niczym mu nie przeszkodzi.

Ciekawa jestem, czy Wy też spotkałyście się z takimi bolesnymi komentarzami, gdy otwarcie przyznałyście, że rezygnujecie z tradycyjnych obrzędów kościelnych.

Pozdrawiam serdecznie,
Młoda mama z Mazowsza


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: Matka dała dziecku gofra na cmentarzu, a babcia wyrwała go wnuczce z rąk. „Wszystkich Świętych to nie odpust”