Mam 28 lat i trzy miesiące temu zostałam mamą maleńkiej Tosi, która niestety od dwóch tygodni bardzo ciężko przechodzi bolesne ząbkowanie oraz wieczorne kolki. Staramy się z mężem robić wszystko, co w naszej mocy − nosimy ją na zmianę, tulimy, podajemy kropelki, ale niemowlę po prostu czasem musi popłakać i nie da się go wyłączyć jednym kliknięciem. Niestety, nasi sąsiedzi mają o to wielkie pretensje, a ich zachowanie niszczy moje poczucie bezpieczeństwa. Czujemy się we własnym mieszkaniu jak więźniowie.
WIDEO…
Hałas za ścianą u młodej rodziny. Płacz niemowlaka pokazał najgorszą twarz sąsiadów
Cały ten koszmar zaczął się, gdy u Tosi pojawiły się pierwsze skoki rozwojowe i płacz zaczął się powtarzać regularnie w godzinach wieczornych. Mieszkamy w bloku z wielkiej płyty, gdzie ściany są bardzo cienkie i doskonale słychać każdy głośniejszy krok czy rozmowę, co rozumiem i akceptuję. Niestety, sąsiad z góry, pan Janusz, oraz małżeństwo zza ściany uznali, że płacz trzymiesięcznego dziecka to celowe działanie wymierzone w ich spokój.
Zamiast przyjść i normalnie zapytać, czy potrzebujemy pomocy, zaczęli stosować wobec nas metody, które kojarzą mi się z jakimś nękaniem. Za każdym razem, gdy mała zapłacze mocniej po godzinie dwudziestej, z góry dobiega wściekłe, rytmiczne pukanie w rury od kaloryferów, które niesie się po całym pionie i dodatkowo budzi moje dziecko. Kilka razy sąsiad z boku zaczął z całej siły walić pięściami w nasze drzwi wejściowe, krzycząc przez rygiel, że mamy „uciszyć tego bachora”, bo on rano wstaje do pracy.
Chamstwo na korytarzu i bolesne wyzwiska przed drzwiami
Najgorsze są jednak momenty, kiedy muszę wyjść z Tosią w wózku na spacer albo do przychodni na szczepienie i zderzam się z tymi ludźmi na żywo. Proszę sobie wyobrazić, że pod moim adresem lecą złośliwe wyzwiska i komentarze, po których palą mnie policzki ze wstydu. Sąsiadka z naprzeciwka potrafi ostentacyjnie splunąć na wycieraczkę i wyzwać mnie od „nienormalnych matek”, które nie potrafią wychować własnego dziecka i robią z bloku prywatny folwark.
Prawda jest taka, że jesteśmy normalną, spokojną rodziną − nie ma u nas żadnych nieprzyzwoitych sytuacji, nie puszczamy głośnej muzyki, dbamy o czystość na korytarzu, a jedynym „grzechem” jest płacz niemowlaka. Te codzienne ataki wywołały u mnie taki lęk, że przed każdym wyjściem z mieszkania przez kilka minut patrzę przez wizjer, żeby upewnić się, czy nikogo nie ma na schodach.
Niemowlę za ścianą. Nie godzę się na taki brak empatii
Rozmawiałam o tym z koleżankami i okazało się, że ten problem dotyka mnóstwo młodych kobiet, które spotykają się z niezrozumieniem ze strony bezdzietnych lokatorów czy starszych osób. Podjęłam twardą decyzję − nie mam zamiaru dłużej płakać w poduszkę i uciekać przed własnymi sąsiadami.
Jutro mój mąż idzie złożyć oficjalne skargi do administracji spółdzielni mieszkaniowej, a jeśli pukanie w rury i wyzwiska na klatce schodowej się powtórzą, bez wahania wzywamy policję i zakładamy sprawę o nękanie. Płacz dziecka w świetle polskiego prawa nie jest zakłócaniem ciszy nocnej, a spokój sąsiada nie stoi wyżej niż zdrowie i dobrostan mojego niemowlaka. Mieszkanie w bloku to nie jest sanatorium − wymaga wzajemnej tolerancji, a robienie z młodej rodziny wrogów publicznych za to, że dziecko ząbkuje, to absolutny brak człowieczeństwa.
Pozdrawiam Was serdecznie,
Karolina
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl