Mój czteroletni Antoni chodzi do państwowego przedszkola i do tej pory uważałam tę placówkę za miejsce przyjazne, nowoczesne i budujące zdrowe relacje społeczne. Od dłuższego czasu przebywam w domu, ponieważ po urodzeniu drugiego dziecka zdecydowałam się na urlop wychowawczy, by w pełni poświęcić się opiece nad niemowlakiem i domem.
WIDEO…
Oficjalny podział na lepsze i gorsze mamy w drzwiach placówki
Wszystko zaczęło się w szatni, kiedy zdejmowałam synowi buty i moją uwagę zwróciła mała, biała kartka formatu A4 wywieszona na tablicy ogłoszeń, tuż obok jadłospisu na nadchodzący tydzień. Komunikat dotyczył organizacji zbliżającego się wielkimi krokami jesiennego kiermaszu oraz uroczystości pasowania na przedszkolaka. Dyrekcja oraz komitet rodzicielski postanowili wprost, czarno na białym, wezwać do tablicy konkretną grupę kobiet, pisząc bez ogródek, że prosi się niepracujące matki o upieczenie i przyniesienie ciast.
Czyli co? Te inne matki ciężko pracują zawodowo, wracają późno do domów i nie mają czasu na dodatkowe obowiązki kuchenne? A my, niepracujące zawodowo, leżymy i pachniemy? Stałam przed tą tablicą z niemowlakiem na ręku, czując, jak krew uderza mi do głowy z wściekłości. To jest po prostu niebywałe, że publiczna instytucja oświatowa w oficjalnym piśmie całkowicie deprecjonuje trud opieki nad dziećmi i domem, traktując niepracujące mamy jak osoby gorszego sortu.
Moja codzienna praca w domu została uznana za lenistwo i darmowy etat
Ten skandaliczny komunikat to podręcznikowy dowód na to, jak potwornie spłyca się i lekceważy rolę kobiety, która decyduje się na osobiste wychowanie dzieci. Dla dyrekcji i autorek tego pisma fakt, że nie biegam codziennie do biura na osiem godzin, oznacza automatycznie, że mam mnóstwo wolnego czasu i powinnam odrabiać zadania za całą resztę grupy. Nikt nie widzi tego, że mój dzień zaczyna się o godzinie szóstej rano, upływa pod znakiem permanentnego prania, gotowania bio obiadków, przewijania niemowlaka i logistycznego ogarniania całego domu.
Zajmowanie się domem i dwójką małych dzieci to jest potężny, wycieńczający fizycznie etat bez żadnego urlopu czy prawa do chorobowego, a przedszkole traktuje mnie jak kucharkę na zawołanie. Płacę za placówkę dokładnie takie same składki jak każda inna mama, moje dziecko ma takie same prawa, a ja jestem spychana na margines i oceniana jako ta gorsza, bo nie przynoszę co miesiąc zaświadczenia o zatrudnieniu. To potworne poniżanie kobiet, które w dzisiejszych, trudnych czasach próbują po prostu mądrze i bez pośpiechu ułożyć życie swojej własnej rodziny.
Czas skończyć z zuchwałością i zacząć twardo bronić swoich granic
Wiem, jak wiele mam na wychowawczym przeżywa dokładnie takie same ciche dramaty w szatniach przedszkolnych i szkolnych w całej Polsce. Chcę Was zapytać, jak reagować na tak rażący brak kultury ze strony instytucji, która przecież powinna uczyć nasze dzieci wzajemnego szacunku i równości. Czy naprawdę mamy potulnie milczeć i piec te ciasta dla świętego spokoju, dając ciche przyzwolenie na to, by tresowano nas za pomocą złośliwych kartek na tablicy?
Ja złożyłam już oficjalną skargę do dyrekcji i zażądałam natychmiastowego zdjęcia tego pisma. Jeśli nie zaczniemy głośno mówić o tym, że praca niezarobkowa matki to też jest ciężka, wartościowa praca, to społeczeństwo nigdy nie przestanie nas traktować jak parobków do zadań specjalnych.
Ciekawa jestem, czy w Waszych przedszkolach również spotykacie się z taką niesamowitą znieczulicą i segregacją, czy może tam dyrektorzy potrafili zachować zdrowy rozsądek i elementarną kulturę osobistą.
Pozdrawiam Was wszystkie,
Dumna mama Antoniego
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz też: Wystarczą 3 minuty rano i wieczorem. Tak mądrzy rodzice budują w dziecku pewność siebie na całe życie