Karolina wychowuje ośmioletniego Kubę, ucznia drugiej klasy szkoły podstawowej. Chłopiec zawsze był raczej spokojny i wrażliwy. Nie przepada za głośnymi zabawami, nie lubi się przepychać i zdecydowanie woli rysowanie czy układanie klocków od piłki nożnej. Matka nigdy nie uważała tego za problem. Dopiero niedawno zauważyła, że syn coraz mniej chętnie chodzi do szkoły, a na pytania o kolegów odpowiada zdawkowo.
WIDEO…
Pewnego wieczoru Kuba przyznał, że kilku chłopców z klasy regularnie mu dokucza. Wyśmiewają jego niezdarność podczas ćwiczeń, przedrzeźniają go, a czasem celowo popychają. Najgorzej jest podczas lekcji wychowania fizycznego, kiedy dzieci rywalizują ze sobą, a emocje biorą górę. Karolina była zszokowana, szczególnie gdy usłyszała, że przynajmniej część tych sytuacji rozgrywała się na oczach nauczyciela.
Wuefista widział, jak chłopcy dokuczają koledze. Uznał, że nie musi interweniować
Karolina początkowo próbowała uspokoić syna i zachęcić go do stanowczego reagowania na zaczepki. Tłumaczyła, że nie powinien pozwalać kolegom się poniżać i że ma prawo powiedzieć im, by zostawili go w spokoju. Szybko jednak zrozumiała, że dla ośmiolatka, który boi się silniejszych i bardziej przebojowych rówieśników, takie rady mogą być niewystarczające.
– Kuba powiedział mi, że koledzy nazywają go niezdarą, śmieją się, kiedy nie złapie piłki, i specjalnie go potrącają. Kiedy zapytałam, czy powiedział o tym panu od WF-u, odpowiedział, że nauczyciel wszystko widział. A przecież skoro dorosły jest świadkiem takich zachowań, powinien zareagować – opowiada Karolina.
Kobieta postanowiła wykorzystać najbliższy dzień otwarty w szkole, żeby porozmawiać z nauczycielem wychowania fizycznego. Nie zamierzała wszczynać awantury. Chciała przede wszystkim ustalić, jak wygląda sytuacja podczas zajęć i czy pedagog zauważył niepokojące zachowania uczniów.
Odpowiedź wuefisty kompletnie ją zaskoczyła. Mężczyzna bez wahania przyznał, że widział, jak chłopcy szturchają Kubę i wyśmiewają jego sportowe umiejętności. Nie interweniował jednak, ponieważ w jego ocenie sytuacja nie wymknęła się spod kontroli, a dziecku nie groziło żadne poważne niebezpieczeństwo.
– Usłyszałam, że chłopcy w tym wieku muszą nauczyć się ze sobą dogadywać, a drobne przepychanki są czymś normalnym. Nauczyciel powiedział, że gdyby doszło do bójki, oczywiście by zareagował. Ale nic takiego się nie działo, więc nie widział potrzeby wtrącania się – relacjonuje matka.
Najbardziej oburzyły ją jednak kolejne słowa pedagoga. Wuefista miał stwierdzić, że współcześni rodzice przesadnie chronią swoje dzieci, przez co wychowują je na osoby niezaradne i nieodporne na przeciwności.
– Powiedział mi wprost: „Niech się uodparnia, życie to nie bajka”. Dodał jeszcze, że szczególnie chłopcy powinni nauczyć się radzić sobie sami, bo inaczej wyrosną na fajtłapy. Zamurowało mnie. Przecież rozmawialiśmy o ośmioletnim dziecku, które jest wyśmiewane i popychane przez kolegów! – oburza się Karolina.
„Nie po to posyłam dziecko do szkoły, żeby uczyło się znosić upokorzenia”
Rozmowa z nauczycielem, zamiast uspokoić Karolinę, tylko utwierdziła ją w przekonaniu, że problem jest poważniejszy, niż przypuszczała. Kobieta nie mogła zrozumieć, dlaczego dorosły, odpowiedzialny za bezpieczeństwo uczniów, świadomie ignoruje zachowania, które dla dziecka są źródłem stresu i upokorzenia.
Jej zdaniem argument o konieczności hartowania charakteru jest szczególnie krzywdzący wobec dzieci spokojnych i wrażliwych. Nie każdy ośmiolatek potrafi odpowiedzieć na zaczepki równie stanowczo. Niektóre dzieci zamykają się w sobie, inne płaczą, a jeszcze inne zaczynają wierzyć, że rzeczywiście zasługują na gorsze traktowanie.
– Mój syn nie musi być przebojowy ani świetnie grać w piłkę. Nie musi też wszystkim udowadniać, jaki jest twardy. Chcę, żeby potrafił się bronić, ale nie zamierzam uczyć go, że ma zaciskać zęby i cierpliwie znosić poniżanie. Przecież to nie jest żadna lekcja życia! – podkreśla matka.
Karolina zwraca uwagę, że czym innym jest zwykła sprzeczka między dziećmi, a czym innym powtarzające się dokuczanie jednemu uczniowi. W pierwszym przypadku dorosły rzeczywiście może dać dzieciom przestrzeń do samodzielnego rozwiązania konfliktu. Kiedy jednak kilku chłopców regularnie wybiera sobie jednego kolegę na obiekt żartów i zaczepek, trudno mówić o równorzędnej sytuacji.
Matka nie zgadza się również ze stereotypowym przekonaniem, że chłopcy powinni być szczególnie odporni na przykrości. Jej zdaniem wrażliwość nie jest wadą, którą trzeba za wszelką cenę wyeliminować, a dziecko ma prawo oczekiwać pomocy niezależnie od płci czy temperamentu.
Po nieudanej rozmowie z wuefistą Karolina udała się do dyrekcji szkoły. Opisała zachowanie kolegów wobec syna, a także przytoczyła słowa nauczyciela. Złożyła skargę na jego postawę i poprosiła o wyjaśnienie, dlaczego nie reagował na powtarzające się zaczepki.
– Nie domagałam się zwolnienia nauczyciela ani surowego ukarania wszystkich chłopców. Chciałam tylko, żeby ktoś potraktował problem poważnie. Nie mogę zaakceptować sytuacji, w której moje dziecko prosi o pomoc, a dorosły uznaje, że to doskonała okazja do zahartowania charakteru – tłumaczy.
Gdzie kończy się nauka samodzielności, a zaczyna obojętność dorosłych?
Choć podczas wizyty w szkole Karolina była przekonana o słuszności swojej interwencji, wieczorem zaczęły nachodzić ją wątpliwości. Wracała myślami do słów wuefisty i zastanawiała się, czy rzeczywiście współcześni rodzice nie próbują czasem chronić dzieci przed każdą trudnością.
Kobieta przypomniała sobie własne dzieciństwo, kiedy konflikty między rówieśnikami często rozwiązywało się bez udziału dorosłych. Dzieci kłóciły się, obrażały na siebie, a następnego dnia znów razem bawiły. Rodzice zazwyczaj dowiadywali się o takich sytuacjach dopiero wtedy, gdy dochodziło do poważniejszego incydentu.
– Zaczęłam się zastanawiać, czy nie robię Kubie niedźwiedziej przysługi. Przecież nie będę mogła zawsze stać obok niego i rozwiązywać za niego wszystkich problemów. Kiedyś będzie musiał nauczyć się radzić sobie z ludźmi, którzy są niemili, niesprawiedliwi albo po prostu go nie lubią. Może w tym jednym nauczyciel miał trochę racji? – przyznaje Karolina.
Matka dostrzega jednak zasadniczą różnicę między uczeniem dziecka samodzielności a pozostawianiem go bez wsparcia w sytuacji, z którą sobie nie radzi. Ośmiolatek może sam próbować rozwiązać drobną sprzeczkę o zasady zabawy czy nieporozumienie podczas gry. Trudno jednak wymagać, by samotnie przeciwstawiał się grupie kolegów, którzy regularnie go ośmieszają i naruszają jego granice.
Co więcej, brak reakcji nauczyciela może zostać odebrany przez dzieci jako przyzwolenie na takie zachowanie. Chłopcy, którzy dokuczają Kubie, mogą uznać, że skoro dorosły nie protestuje, ich postępowanie mieści się w dopuszczalnych granicach. Z kolei sam Kuba może dojść do wniosku, że proszenie o pomoc nie ma sensu.
Karolina uważa, że dzieci powinny stopniowo uczyć się asertywności, rozwiązywania konfliktów i reagowania na nieprzyjemne zachowania innych. Nie oznacza to jednak, że dorosły może całkowicie wycofać się z roli opiekuna. Wręcz przeciwnie – to właśnie nauczyciel powinien pokazać uczniom, gdzie przebiega granica między żartem a krzywdzeniem drugiej osoby.
Zobacz też: Ta lektura w klasach 4-8 to katastrofa. Matka błaga o jej wycofanie: „Wrażliwe dzieci przeżywają wstrząs”