Gdy odebrałam wieczorny telefon od mojej wieloletniej koleżanki, w słuchawce zamiast tradycyjnego, ciepłego powitania usłyszałam tylko pełen bezsilności głos wykończonej kobiety. Jej siedmioletni syn, który zaledwie kilka tygodni temu z dumną miną i wielkim plecakiem maszerował na rozpoczęcie roku szkolnego, dziś spędza wieczory, zalewając się łzami nad stertą zeszytów.

WIDEO…

player placeholder

Historia, którą usłyszałam, nie dotyczyła jednak wyłącznie zmęczenia materiałem, ale przede wszystkim porażającej znieczulicy ze strony osoby, która powinna być dla tych maluchów największym oparciem na starcie szkolnej drogi.

Słowa nauczycielki nauczania początkowego, które moja koleżanka usłyszała podczas próby szukania pomocy, brzmią jak surowy i bezwzględny wyrok wydany na zmęczone dziecko.

Zobacz także:

Ćwiczenia domowe zamieniają się w katorgę dla 7-latka

Koleżanka opowiedziała mi o dramatycznej rozmowie, do jakiej doszło w miniony czwartek tuż po zakończeniu lekcji. Widząc, że jej siedmioletni syn spędza kolejne popołudnie z rzędu na mechanicznym, wielogodzinnym rysowaniu nieskończonej liczby szlaczków, wycinaniu skomplikowanych wzorów i lepieniu z plasteliny, postanowiła interweniować. Chciała po prostu zapytać, dlaczego pierwszoklasiści są tak obciążani zadaniami manualnymi w domu.

Zgodnie z aktualnymi przepisami oświatowymi nauczyciel w pierwszej klasie szkoły podstawowej nie może zadawać tradycyjnych, pisemnych prac domowych. Jedyne legalne i dopuszczalne zadania to właśnie ćwiczenia usprawniające motorykę małą, które mają przygotować rączkę dziecka do nauki pisania i usprawnić jego koordynację. Problem polega na tym, że w tej klasie zalecono ich tak koszmarną ilość, że dzieci płaczą, trzymając ołówek do późnego wieczora.

Odpowiedź, jaką usłyszała od wychowawczyni na szkolnym korytarzu, dosłownie zwaliła ją z nóg. Nauczycielka bez mrugnięcia okiem oświadczyła, że to nie są jej dzieci i to nie jest jej sprawa, jak długo siedzą nad książkami w domu, ponieważ ona kończy swoją pracę dokładnie o godzinie piętnastej.

Co zamiast treningu rączki otrzymuje dziecko od współczesnej szkoły?

Ta szokująca postawa natychmiast wywołała potężną dyskusję w kręgu znajomych rodziców, do których dotarły wieści o incydencie w szkole. Część osób nie kryje wściekłości, zauważając, że zmuszanie siedmiolatków do zarywania nocy nad rzekomo lekkimi ćwiczeniami sprawnościowymi to katorżnicza praca, która trwale zniechęca maluchy do jakiejkolwiek aktywności. Dzieci wracają ze szkoły psychicznie i fizycznie wykończone, a zamiast mądrego treningu rączki poprzez zabawę czeka na nie żmudny, mechaniczny dryl, z którym nie są w stanie poradzić sobie bez aktywnej pomocy dorosłych.

Szkoła w ten sposób bezczelnie przerzuca cały ciężar fizycznego ćwiczenia ucznia na barki zdesperowanych rodziców, a niektórzy pedagodzy całkowicie umywają ręce od odpowiedzialności. Wiele matek czuje ogromny żal, bo zamiast budować ciepłe relacje z dzieckiem po powrocie z pracy, spędzają wieczory w roli surowych nadzorców, pilnując, by paluszki malucha dokończyły kolejną stronę wymaganych wycinanek.

Jak mądrze stawiać granice i dbać o zdrowie fizyczne pierwszoklasisty?

Z drugiej strony barykady pojawiają się głosy obronne, sugerujące, że nauczyciele również są pod presją i starają się jak najlepiej przygotować dzieci do trudnego etapu pisania w starszych klasach. Jednak w przypadku tak małych dzieci granica między motywowaniem do pracy a nadmiernym obciążaniem jest niezwykle cienka. Wytyczne oświatowe dotyczące motoryki małej miały służyć wspieraniu rozwoju dziecka, a nie stawać się narzędziem opresji, przez które siedmiolatki boją się powrotu do szkolnej ławki.

Sprawa synka mojej koleżanki pokazuje, jak łatwo w szkolnej machinie zatracić ludzkie wyczucie i wzajemne zrozumienie. Nikt z nas przecież nie neguje faktu, że szkoła ma swoje wymagania, a systematyczna praca – także ta wykonywana w domu w formie ćwiczeń manualnych – jest dziecku potrzebna, by wyrobić odpowiednie nawyki i sprawność rączki. Bez odrobiny wysiłku i zaangażowania poza lekcjami trudno o zadowalające efekty w późniejszych klasach. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy brakuje w tym wszystkim dialogu, a naturalne zmęczenie siedmiolatka zderza się z murem obojętności.

Postawa nauczycielki, która chowa się za sztywnymi godzinami pracy i kwituje dramat zmęczonego dziecka stwierdzeniem, że to nie jej sprawa, zasługuje na jednoznaczne potępienie. Edukacja wczesnoszkolna opiera się na trójkącie: uczeń, rodzic i nauczyciel – jeśli ten ostatni całkowicie umywa ręce od współpracy i wsparcia po godzinie piętnastej, cały ten system po prostu zaczyna pękać, a najwyższą cenę za to płacą najmłodsi.

Zobacz też: Zastosuj zasadę „zielonego ołówka” przez 5 minut dziennie. Ten jeden nawyk chroni dzieci przed lękiem szkolnym