Droga Redakcjo mamotoja.pl, piszę do Was ten list, bo po dzisiejszym powrocie ze szkoły mojego syna zwyczajnie pękłam i nie potrafię dłużej dusić w sobie tego, co wyrabia się w murach naszej placówki. Od kilku godzin cała trzęsę się z nerwów, patrząc na mojego zapłakanego czwartoklasistę, który zamiast zjeść spokojnie obiad, siedzi zamknięty w swoim pokoju i czuje się jak totalny nieudacznik.
WIDEO…
Wszystko przez bezduszną postawę pani od matematyki, która uważa się za alfę i omegę, a ze zwykłego sprawdzianu zrobiła jakiś rebus dla bezbronnych dziesięciolatków. Słyszę zewsząd głosy, że roszczeniowi rodzice to plaga szkoły, że bez przerwy kłócimy się o oceny i robimy awantury o każdą gorszą notę, ale jako matka mam pełne prawo głośno krzyczeć, gdy widzę jawne i perfidne gnębienie mojego dziecka. Ta jedynka to czysta złośliwość ze strony nauczycielki, a sam sprawdzian był podstępny i ułożony tylko po to, żeby udowodnić dzieciom, że nic nie potrafią, zamiast sprawdzić ich realną wiedzę z lekcji.
Długo starałam się być tą wyrozumiałą mamą, która powtarza dziecku, że oceny nie są najważniejsze i nauczyciel też człowiek, który może mieć gorszy dzień. Ale dzisiejsza sytuacja pokazała, że w polskiej szkole partnerstwo i empatia to pojęcia, które istnieją wyłącznie na papierze.
Mój syn, Jaś, nie jest orłem z matematyki, ale jest dzieckiem niezwykle obowiązkowym i ambitnym. Przez cały ubiegły tydzień odmawiał sobie wyjścia na rower i spotkań z kolegami, żeby idealnie przygotować się do zapowiedzianego klasówki z ułamków. Siedzieliśmy nad podręcznikami wspólnie, przerobiliśmy dziesiątki przykładów z zeszytu ćwiczeń i kiedy wieczorem kładł się spać, był pewny siebie i uśmiechnięty. Znał wszystkie regułki, potrafił bezbłędnie rozwiązać każde zadanie, które omawiali na lekcjach.
Dlaczego szkolne sprawdziany przypominają podstępne pułapki na uczniów?
Gdy dzisiaj przyniósł sprawdzian z wielką, czerwoną jedynką na samej górze kartki, nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Zaczęłam analizować treść zadań i natychmiast zrozumiałam, skąd wziął się ten dramat. Pani nauczycielka, zamiast sprawdzić podstawowe umiejętności, które faktycznie były wałkowane w klasie, naszpikowała test podchwytliwymi haczykami, zadaniami z gwiazdką i sformułowaniami, których te dzieci na oczy nie widziały. To nie był sprawdzian wiedzy, to była regularna łapanka na błędy, skonstruowana w taki sposób, by uczeń pogubił się na samym starcie przez skomplikowane konstrukcje językowe.
Jaś poległ na zadaniu tekstowym, które zostało sformułowane tak chaotycznie, że nawet mój mąż, inżynier z wykształcenia, musiał przeczytać je trzy razy, by zrozumieć, o co w ogóle autorowi chodziło. Nauczycielka doskonale wie, że dzieci w tym wieku bardzo łatwo zestresować i zamiast pomóc im wejść w trudniejszy materiał, celowo funduje im emocjonalny nokaut.
Zamiast wsparcia i sprawiedliwej oceny ambitne dzieci dostają po nosie
Po lekcjach poszłam do szkoły, żeby spokojnie porozmawiać i poprosić o wyjaśnienie, dlaczego wymagania na teście tak drastycznie odbiegały od tego, co dzieci miały w zeszytach. To, co zastałam, kompletnie pozbawiło mnie złudzeń. Nauczycielka z góry potraktowała mnie jak kolejną roszczeniową matkę, która przyszła żebrać o lepszy stopień dla leniwego synka. Usłyszałam z chłodnym, sarkastycznym uśmiechem, że poziom w szkole musi być wysoki, a jeśli dziecko sobie nie radzi, to widocznie za mało pracowało w domu.
Gdy powiedziałam, że Jaś zarywał noce i uczył się cały tydzień, pani tylko wzruszyła ramionami i stwierdziła, że liczy się efekt, a nie chęci. Taka postawa to zwyczajne okrucieństwo wobec małego człowieka, które niszczy w nim jakąkolwiek motywację do dalszej pracy. Szkoła bezczelnie umywa ręce od odpowiedzialności za to, że cała klasa napisała ten test fatalnie, zwalając całą winę na dzieci i rodziców.
Będę walczyć o prawa mojego dziecka w starciu z bezdusznym systemem oświaty
Wiem, że po tym liście wyleje się na mnie fala krytyki ze strony osób, które uważają, że dzisiejsi rodzice chcieliby tylko piątek i szóstek dla swoich asów bez żadnego wysiłku. Ale tu nie chodzi o moje ambicje, tylko o sprawiedliwość. Jeśli dziecko wkłada w coś całe swoje serce, stara się i systematycznie pracuje, a system na koniec pluje mu w twarz podstępnym testem i bezduszną jedynką, to coś tu jest bardzo mocno nie tak. Nie zamierzam na tym poprzestać, zamierzam iść z tą sprawą prosto do dyrekcji, ponieważ nie pozwolę, by złośliwość jednej sfrustrowanej kobiety zniszczyła poczucie własnej wartości mojego syna i zniechęciła go do nauki na całe życie.
Szkoła ma uczyć i wspierać, a nie zastawiać pułapki i triumfować nad porażką dziesięciolatków.
Pozdrawiam całą redakcję i wszystkie mamy, które codziennie walczą z tym szkolnym absurdem,
Marta
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl