Całe zamieszanie zaczęło się od jednego, krótkiego pytania w grupie zrzeszającej pracowników oświaty: co ma zrobić nauczyciel, gdy mu dziecko z klasy ucieka podczas lekcji? Część komentujących rodziców oraz samych nauczycieli, mających najwyraźniej dość codziennej, szkolnej biurokracji, postanowiła odpowiedzieć na ten problem z potężną dawką czarnego humoru.

WIDEO…

player placeholder

Ostra satyra i absurdalne pościgi parzystymi rzędami

Jeden z najchętniej udostępnianych komentarzy sugerował, że nauczyciel powinien natychmiast włożyć buty do biegania i ruszyć w pościg, ale pod jednym, kluczowym warunkiem. Ponieważ pozostali uczniowie nie mogą zostać bez opieki, cała klasa musi biec za nauczycielem równo, parami, a sam pedagog podczas biegu powinien zachęcać uciekiniera do powrotu miłym głosem. Ważne jest również to, aby cały pościg nie był zbyt głośny, by nie przeszkadzać w prowadzeniu zajęć w innych salach, a obuwie sportowe posiadało odpowiednią podeszwę, która nie wygeneruje dodatkowej pracy dla pań sprzątających.

Inna internautka podeszła do tematu z jeszcze większym, pragmatycznym cynizmem, radząc, by po prostu wstawić uciekającemu uczniowi nieobecność w dzienniku elektronicznym i kontynuować lekcję. Dodatkowo zauważyła ironicznie, że mniejsza grupa to powód do radości, ponieważ naukowo udowodniono, iż w mniejszych zespołach skuteczność nauczania jest znacznie wyższa.

Zobacz także:

W dyskusji nie zabrakło też gorzkich nawiązań do powszechnego przerzucania całej odpowiedzialności za zachowanie dzieci na barki zmęczonych nauczycieli. Pojawił się komentarz stwierdzający, że w dzisiejszych czasach nauczyciel powinien po prostu przeprosić, że żyje, ponieważ ucieczka ucznia to bezwzględnie jego wina, wynikająca z faktu, że nie potrafił odpowiednio zainteresować młodego człowieka tematem lekcji. Ta potężna fala sarkazmu idealnie obrazuje, jak bardzo bezradni i osamotnieni czują się polscy pedagodzy w obliczu buntu współczesnych uczniów.

Twarde litery prawa, czyli co mówią przepisy o ucieczkach z klasy

Choć żarty z pościgów parami potrafią poprawić humor, to z punktu widzenia przepisów polskiego prawa sytuacja, w której małoletni uczeń samowolnie opuszcza salę lekcyjną lub teren szkoły, przestaje być zabawna. W ułamku sekundy na barki nauczyciela spada potężna odpowiedzialność cywilna, a w skrajnych przypadkach nawet karna, ponieważ to on w godzinach trwania lekcji odpowiada za bezpieczeństwo powierzonego mu dziecka.

Zgodnie z ustawą Prawo oświatowe oraz Kartą Nauczyciela, pedagog pod żadnym pozorem nie może zostawić pozostałych dzieci bez nadzoru i wybiec z sali za uciekinierem, bo wtedy naraziłby na niebezpieczeństwo całą resztę grupy. Jeśli nauczyciel wybiegłby z klasy, a w tym czasie inny uczeń doznałby uszczerbku na zdrowiu, nauczycielowi grozi natychmiastowe dyscyplinarne zwolnienie z pracy oraz proces sądowy.

Prawidłowa, legalna procedura w takim przypadku jest rygorystyczna: nauczyciel ma obowiązek natychmiast powiadomić o ucieczce dyrekcję szkoły, pedagoga szkolnego lub sekretariat, na przykład za pomocą szkolnego telefonu lub prosząc o pomoc nauczyciela z sąsiedniej sali. Zadaniem administracji szkoły jest natychmiastowe przeszukanie terenu budynku, powiadomienie rodziców małoletniego oraz – w przypadku realnego zagrożenia życia lub podejrzenia, że dziecko opuściło teren placówki – niezwłoczne wezwanie policji. Wszelkie statuty szkolne muszą zawierać jasne wytyczne na wypadek takich incydentów, ponieważ brak natychmiastowej reakcji i próba tuszowania ucieczki grozi konsekwencjami ze strony Kuratorium Oświaty.

Rodzicu, nie śmiej się z bezradności nauczycieli

Ta głośna dyskusja zmusza do głębszej refleksji nad tym, jak bardzo współczesny system edukacji rozjechał się z realnymi możliwościami dyscyplinowania uczniów. Odbieranie nauczycielom jakichkolwiek narzędzi w imię opacznie rozumianej wolności sprawia, że dzieci czują się w klasach całkowicie bezkarne i testują granice dorosłych w coraz bardziej niebezpieczny sposób. Ucieczka z lekcji to nie jest niewinny manifest niezależności nastolatka, ale rażące naruszenie zasad bezpieczeństwa, które poza szkołą może skończyć się tragedią.

Rodzice, którzy śmieją się z bezradności nauczycieli i za każdym razem szukają usprawiedliwienia dla wybryków swoich pociech, sami kręcą na siebie bicz. Szkoła i dom muszą mówić jednym, spójnym głosem w kwestii elementarnych zasad porządku, by lekcje w klasach były czasem bezpiecznej nauki, a nie nerwowych pościgów i strachu o zdrowie uciekających dzieci.

Zanim następnym razem skrytykujecie szkołę, upewnijcie się, że wasze własne dziecko wie, czym jest szacunek do pracy drugiego człowieka i dlaczego samowolne wyjście za próg klasy jest absolutnie zakazane.

Zobacz też: Ferie jesienne w szkołach: MEN stawia sprawę jasno. Uczniów czeka bardzo długi weekend