Droga Redakcjo Mamotoja, piszę do Was ten list, siedząc na maleńkim, drewnianym krzesełku w przedszkolnej szatni, z telefonem na kolanach i ze łzami, które co chwilę wycieram w rękaw swetra. Jako mama czteroletniej Julki czuję się całkowicie bezradna, rozbita emocjonalnie i zmęczona tą sytuacją.
WIDEO…
Codziennie rano przeżywamy ten sam bolesny scenariusz − histeryczny płacz przy drzwiach sali, kurczowe trzymanie się mojej spódnicy i błagalny wzrok, który po prostu rozrywa mi serce.
Poranny koszmar w szatni i wielkie poczucie winy
Wszystko zaczęło się pierwszego września, kiedy z wielką nadzieją i uśmiechem na twarzy zaprowadziłam Julkę do jej nowej grupy. Myślałam, że jako otwarta, wesoła dziewczynka szybko złapie kontakt z rówieśnikami, ale rzeczywistość brutalnie zweryfikowała moje plany. Moja córka na widok tylu obcych osób po prostu zamarła, a gdy pani spróbowała wziąć ją za rękę, wybuchła płaczem.
Od tamtego dnia każde poranne wejście do budynku przedszkola to dla nas trauma. Julka płacze już w samochodzie, a w szatni całuje mnie po rękach i prosi, żebym jej nie zostawiała. Nie potrafię tak po prostu rzucić jej na głęboką wodę i uciec do swoich obowiązków. Znalazłam więc swój własny sposób na tę sytuację − obiecuję jej, że będę czekać za drzwiami, i posłusznie siadam na korytarzu, spędzając tam prawie cały dzień.
Koczowanie na korytarzu i karcące spojrzenia personelu
Moja obecność w szatni stała się już stałym elementem przedszkolnej codzienności, co niestety budzi spore kontrowersje wśród nauczycielek. Julka co kilkanaście minut wychodzi z sali pod pretekstem pójścia do toalety tylko po to, żeby sprawdzić, czy mama na pewno siedzi na swoim krzesełku. Kiedy mnie widzi, na chwilę się uspokaja, wraca do dzieci, ale po kwadransie sytuacja się powtarza.
Wychowawczyni na ostatniej rozmowie otwarcie dała mi do zrozumienia, że moje zachowanie utrudnia usamodzielnianie się dziecka. Usłyszałam wręcz, że powinnam rygorystycznie przeciąć tę pępowinę, oddać płaczące dziecko i natychmiast wyjść. Te słowa bardzo mnie zabolały, bo przecież nikt nie zna mojej córki lepiej niż ja − ona nie płacze ze złości, tylko z autentycznego, ogromnego strachu przed porzuceniem.
Gdzie leży granica empatii, a kiedy zaczyna się nadgorliwość rodzica?
Siedząc tutaj na korytarzu, mam mnóstwo czasu na czytanie osiedlowych forów i grup dla mam, gdzie temat adaptacji przedszkolnej jest wałkowany na tysiące sposobów. Opinie innych kobiet są skrajne − jedne piszą, że powinnam natychmiast uciekać, bo dziecko płacze tylko przez minutę po wyjściu matki, a potem bawi się super. Inne z kolei grzmią, że zostawianie zaryczanego malucha to porażka i fundowanie mu stanów lękowych na całe życie.
Jestem tym wszystkim potwornie zmęczona. Boję się, że jeśli teraz odpuszczę i zostawię ją w tej histerii, Julka straci do mnie zaufanie i pomyśli, że ją zawiodłam. Z drugiej strony wiem, że nie mogę spędzić całego roku na korytarzu, bo moje życie i praca stoją w miejscu.
Pozdrawiam i czekam na rady,
Lena
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl