Szanowna Redakcjo, jestem mamą czteroletniego Antosia i obecnie nie pracuję zawodowo, ponieważ wspólnie z mężem uznaliśmy, że dobro naszego syna jest absolutnym priorytetem. Każdego dnia odprowadzam mojego malucha do publicznego przedszkola na godzinę ósmą trzydzieści, a już punktualnie o trzynastej stoję pod salą, by zabrać go do domu. Widzę wtedy, jak inne dzieci patrzą na mojego synka z ogromną zazdrością, a w ich oczach maluje się smutek i tęsknota. Codziennie obserwuję te same maluchy, które siedzą w placówce już od siódmej rano, kiedy na korytarzach jest jeszcze ciemno i pusto. Te same biedne dzieciaczki siedzą w przedszkolu od 7 do 17, spędzając tam dziesięć godzin każdego dnia. Kiedy o tym myślę, serce pęka mi na pół, bo dla takiego małego człowieka to jest prawdziwa wieczność spędzona w hałasie i stresie. Przecież rodzice muszą ich po prostu nie kochać, skoro skazują na to własne, bezbronne pociechy.

WIDEO…

player placeholder

Dzieci siedzą w przedszkolu po 10 godzin. Nie rozumiem ich rodziców

Kiedy odbieram Antosia po obiedzie, na sali zostaje jeszcze ponad dwadzieścioro dzieci, które spędzą tam kolejne długie godziny. Doskonale widzę, jak te maluchy są już zmęczone, sfrustrowane i zwyczajnie przebodźcowane nieustannym krzykiem rówieśników. Przedszkole, nawet to najlepsze z cudownymi paniami, to nie jest dom rodzinny, tylko instytucja, w której obowiązują sztywne zasady i dyscyplina. Spędzanie tam dziesięciu godzin dziennie to dla psychiki małego dziecka obciążenie, porównywalne z pracą dorosłego człowieka na nadgodzinach.

Rozumiem, że żyjemy w ciężkich czasach i praca na etacie wymaga poświęceń, ale nie potrafię pojąć, jak można tak drastycznie okradać własne dziecko z dzieciństwa. Wiele matek z grupy Antosia spotykam rano na osiedlu, gdy po oddaniu dziecka idą na zakupy, do kosmetyczki albo wracają do domu, bo pracują zdalnie. One mają czas dla siebie, piją ciepłą kawę i oglądają seriale, podczas gdy ich maluchy tęsknią i płaczą w przedszkolnej sali. To jest dla mnie przejaw niesamowitego egoizmu i wygodnictwa, który maskuje się rzekomą koniecznością zarabiania pieniędzy. Matki często uciekają wzrokiem, kiedy pytam je, dlaczego maluch zostaje tak długo, bo podświadomie wiedzą, że robią mu ogromną krzywdę. Żadne zabawki, tablety czy najdroższe zajęcia dodatkowe nie zastąpią dziecku obecności mamy, która przytuli, wysłucha i po prostu będzie obok.

Zobacz także:

Emocjonalne porzucenie pod maską kariery

Najbardziej przeraża mnie to, jak bardzo współczesne społeczeństwo znormalizowało ten system instytucjonalnej opieki nad najmłodszymi. Rodzice kupują sobie czyste sumienie drogimi markowymi ubrankami i opowiadaniem o tym, jak bardzo rozwijające dla trzylatka czy czterolatka są popołudniowe zajęcia w przedszkolu. Prawda jest jednak taka, że po godzinie piętnastej te dzieci już nie chcą się rozwijać, tylko marzą o powrocie do swojego pokoju i własnych zabawek. Siedzą zrezygnowane na dywanie, co chwilę sprawdzając, czy drzwi do sali się otwierają i czy to wreszcie ich mama wchodzi.

Często słyszę argumenty, że dziecko musi się uspołeczniać i uczyć samodzielności w grupie rówieśniczej od najmłodszych lat. Oczywiście, to prawda, ale cztery czy pięć godzin dziennie w zupełności wystarczy, by maluch zrealizował program dydaktyczny i pobawił się z kolegami. Pozostały czas powinien być czasem budowania głębokich relacji z rodzicami, których nie da się nadrobić w weekendy. Kiedy myślę o matkach wpadających do przedszkola przed samą siedemnastą, zdyszanych i zirytowanych, że znowu stały w korku, jest mi tych dzieci potwornie żal. Maluch dostaje wtedy zmęczonego, sfrustrowanego rodzica, z którym wraca do domu tylko po to, by zjeść kolację, umyć się i natychmiast pójść spać. Gdzie w tym wszystkim jest czas na bliskość, na prawdziwą rozmowę, na poczucie bezpieczeństwa, którego ten mały człowiek tak rozpaczliwie potrzebuje?

Jaką cenę zapłacimy za brak miłości?

Mój list na pewno wywoła falę oburzenia wśród pracujących kobiet, które zaczną pisać o kredytach, samorozwoju i niezależności finansowej. Chcę jednak zapytać te wszystkie matki, po co w takim razie decydowały się na macierzyństwo, skoro oddają swoje dzieci pod opiekę obcych osób na całe dnie. Dziecko to nie jest mebel, który można odstawić do przechowalni na dziesięć godzin, a potem wyciągnąć na chwilę przed snem. Dzisiejsze maluchy spędzające całe dnie w przedszkolach to przyszłe pokolenie ludzi emocjonalnie chłodnych, którzy w dorosłym życiu nie będą potrafili budować trwałych więzi.

Musimy wreszcie zacząć mówić o tym problemie głośno i bez owijania w bawełnę, bo sytuacja staje się dramatyczna. Dzieci potrzebują miłości mierzonej czasem, który im poświęcamy, a nie pieniędzmi, które na nie wydajemy. Mam nadzieję, że mój list skłoni choć jedną mamę do refleksji i sprawi, że jutro zamiast o siedemnastej, odbierze swoje stęsknione dziecko zaraz po obiedzie. Żaden etat ani kariera zawodowa nie są warte tego, by w oczach własnego dziecka zobaczyć rezygnację i poczucie odrzucenia. Prawdziwe macierzyństwo to obecność, rezygnacja z własnej wygody i postawienie małego człowieka na pierwszym miejscu, nawet jeśli wiąże się to z chwilowym odłożeniem własnych ambicji na boczny tor.

Natalia


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: Nauczycielka w przedszkolu: „Nie jestem służącą, nie przewijam 3-latków. Brudna pielucha to problem rodziców”