Droga Redakcjo, jestem nauczycielką w grupie trzylatków i od kilkunastu lat z wielkim zaangażowaniem pomagam maluchom stawiać ich pierwsze kroki w samodzielnej edukacji. Kocham swoją pracę, ale dzisiejszy poranek całkowicie wyczerpał moją cierpliwość do dorosłych, którzy mylą przedszkole z całodobowym serwisem sprzątającym. Jedna z mam przyprowadziła dziś syna, który ostentacyjnie dreptał z pełną, ciężką pieluchą ukrytą pod spodniami dresowymi. Gdy poprosiłam ją, by przed wyjściem do pracy poszła z dzieckiem do łazienki i pomogła mu się przebrać, usłyszałam w odpowiedzi potok roszczeniowych pretensji.

WIDEO…

player placeholder

Kobieta z wyższością oświadczyła, że się spieszy, a od czyszczenia brudnych ubrań i pampersów są panie w przedszkolu, bo przecież za to dostają swoje pensje. Stałam tam przez chwilę, patrząc na małego, zrezygnowanego chłopca, i poczułam, że jeśli teraz nie postawię twardej granicy, to to zjawisko całkowicie nas zaleje.

Powiedziałam więc spokojnym, profesjonalnym głosem: „To obowiązek rodziców”. O dziwo, kobiecie chyba zabrakło słów, bo po krótkiej chwili wahania wzięła syna za rękę i bez słowa ruszyła w stronę przedszkolnej toalety.

Zobacz także:

Granica między wsparciem nauczycielek a lenistwem rodziców

Dzisiejsza sytuacja w szatni to nie jest odosobniony przypadek, ale element szalenie niepokojącego trendu, który opanował polskie placówki. Coraz więcej matek i ojców wychodzi z założenia, że skoro oddają zdrowe, trzyletnie dziecko do przedszkola publicznego, to personel ma obowiązek wykonać za nich całą czarną robotę. Rodzice ignorują fakt, że nauka czystości powinna odbyć się w domu podczas wakacji. Przyprowadzanie dzieci w pampersach do grup przedszkolnych staje się plagą, o której głośno mówi się w kuluarach, ale na oficjalnych zebraniach temat ten jest pomijany, chyba ze strachu przed awanturą.

Wiele razy próbowałam delikatnie rozmawiać z rodzicami na ten temat, ale najczęściej spotykam się z agresją lub kompletnym lekceważeniem moich argumentów. Słyszę opowieści o braku czasu, o trudnym powrocie do pracy i o tym, że dziecko samo dojrzeje do nocnika, kiedy będzie gotowe. Zapominają jednak, że na sali mam pod opieką dwadzieścioro maluchów i fizycznie nie mam możliwości spędzania połowy dnia na myciu odparzonych pośladków. Kiedy jedno dziecko płacze w łazience z powodu brudnej bielizny, reszta grupy zostaje bez opieki na sali, co rodzi potężne niebezpieczeństwo. Moje słowa wypowiedziane do tamtej matki nie wynikały ze złośliwości, ale z absolutnej konieczności ochrony reszty dzieci przed skutkami czyjegoś wygodnictwa.

Przedszkole to nie żłobek ani przechowalnia

Chciałabym, żeby ten list dotarł do jak największej liczby rodziców, którzy zapominają, jaka jest realna funkcja przedszkola publicznego. Naszym nadrzędnym zadaniem jest realizowanie podstawy programowej, uczenie wierszyków, piosenek, rozwijanie talentów plastycznych i integrowanie tych dzieci w grupie rówieśniczej. Nie jesteśmy instytucją medyczną ani żłobkiem, w którym personel skupia się wyłącznie na podstawowych czynnościach higienicznych i pielęgnacyjnych. Noszenie pieluchy przez zdrowe, dobrze rozwijające się trzyletnie dziecko to najczęściej wyraz zaniedbania ze strony jego opiekunów.

Dzieci w tym wieku doskonale rozumieją swoje potrzeby fizjologiczne, ale potrzebują wsparcia, cierpliwości i konsekwencji w domowym zaciszu. Kiedy rodzice udają, że nie słyszą uwag o braku samodzielności syna czy córki, szkodzą przede wszystkim własnemu dziecku. Maluch z pieluchą pośród rówieśników, którzy sami korzystają z toalety, zaczyna czuć ogromny wstyd, wykluczenie i stres. Przerzucanie odpowiedzialności za odpieluchowanie na barki nauczycielek to pójście na łatwiznę, które niszczy zaufanie między domem a przedszkolem. Zamiast budować wspólny front i współpracować, dorośli wolą traktować nas jak służbę do zadań specjalnych.

Powrót do elementarnej solidarności w wychowaniu

Mam ogromną nadzieję, że mój głos sprowokuje do myślenia te matki, które rano spieszą się do korporacji, zostawiając nam brudny problem do rozwiązania. Musimy zacząć głośno i otwarcie rozmawiać o tym, gdzie kończą się obowiązki placówki oświatowej, a zaczyna wyłączna rola świadomych rodziców.

Umiejętność korzystania z toalety powinna być twardym, bezwzględnym warunkiem przyjęcia dziecka do przedszkola, co zmusiłoby rodziny do intensywnej pracy w okresie letnim. Bez jasnych reguł i wzajemnego szacunku dla naszej pracy, polskie przedszkola szybko zamienią się w wielkie przechowalnie pełne sfrustrowanych dorosłych i niesamodzielnych dzieci.

Droga Redakcjo, mam nadzieję, że opublikujecie mój list, ponieważ problem ten narasta z każdym kolejnym rocznikiem i niszczy nas od środka. Nauczycielki są przemęczone, wypalone zawodowo i traktowane z góry przez ludzi, którzy uważają, że pieniądze i podatki zwalniają ich z bycia rodzicem. Warto pamiętać, że wychowanie młodego człowieka to jest codzienna, ciężka praca, której fundamentem zawsze musi być dom rodzinny. Oby ten poranny incydent stał się lekcją dla nas wszystkich, że bez jasnych granic i brania odpowiedzialności za własne decyzje nie wychowamy mądrego i samodzielnego pokolenia.

Pozdrawiam serdecznie całą Redakcję i wszystkie Mamy,

Ewa, nauczycielka przedszkola z Mazowsza


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: Biedne dzieciaczki siedzą w przedszkolu od 7 do 17. „Rodzice muszą ich nie kochać”