Droga Redakcjo, pracuję jako wychowawczyni w publicznym przedszkolu od dwunastu lat i przez moje ręce przeszły setki maluchów. Zawsze uważałam, że praca z najmłodszymi to najpiękniejsza, choć niezwykle wymagająca misja, która daje ogromną satysfakcję. Jednak to, co dzieje się we wrześniu i październiku w grupach trzylatków w ostatnich latach, przechodzi ludzkie pojęcie. Przynoszenie przez dzieci pampersów do przedszkola stało się plagą, o której nikt nie chce mówić głośno poza murami placówki. Rodzice przyprowadzają dzieci, które nie potrafią zasygnalizować potrzeb fizjologicznych, a winą za każdą wpadkę obarczają nas, nauczycielki.

WIDEO…

player placeholder

Po powrocie do domu czuję tylko ogromne zmęczenie i frustrację, bo zamiast realizować program i wspierać rozwój dzieci, spędzam godziny w łazience. Chcę powiedzieć to wprost, bez owijania w bawełnę, bo sytuacja stała się nie do zniesienia dla większości personelu. Nie jestem służącą, nie przewijam 3-latków i uważam, że brudna pielucha to problem rodziców, a nie mój.

Brudne pieluchy. Ukryta plaga w publicznych placówkach

Kiedy zaczynałam pracę w zawodzie, sytuacja, w której trzylatek przychodził do przedszkola z pieluchą, była absolutnym wyjątkiem oznaczającym poważne problemy zdrowotne. Dzisiaj to smutna norma i wyraz niesamowitej wygody ze strony dorosłych, którzy wolą założyć pampersa, niż poświęcić czas na naukę czystości. Współczesne matki i ojcowie tłumaczą się brakiem czasu, pracą na etacie i tym, że dziecko przecież samo dorośnie do tej decyzji. Efekt jest taki, że w grupie liczącej dwadzieścioro pięć maluchów mam pod opieką kilkoro dzieci, które kompletnie nie wiedzą, do czego służy nocnik czy toaleta.

Zobacz także:

Najgorsza w tym wszystkim jest reakcja rodziców, kiedy próbujemy z nimi rozmawiać o postępach w odpieluchowaniu ich pociech. Bardzo często spotykam się z agresją, oburzeniem i roszczeniową postawą, że skoro płacą podatki, to opieka ma być kompleksowa. Słyszę teksty o tym, że od tego jesteśmy, by pomóc dziecku w każdej sytuacji, również tej najbardziej intymnej. Zapominają jednak, że w grupie jestem sama z jedną pomocą nauczyciela i fizycznie nie mam możliwości mycia i przebierania kilkorga dzieci jednocześnie. Kiedy jedno dziecko płacze w łazience z powodu brudnej bielizny, reszta grupy zostaje bez odpowiedniej opieki w sali, co rodzi niebezpieczne sytuacje. To jest moment, w którym biurokratyczne wymagania i program edukacyjny zderzają się z brutalną rzeczywistością zaniedbań wychowawczych.

Granice odpowiedzialności za rozwój malucha

Chciałabym, żeby rodzice zrozumieli jedną kluczową rzecz, o której tak często zapominają w pogoni za codziennymi obowiązkami. Przedszkole to instytucja dydaktyczno-wychowawcza, a nie żłobek, w którym personel skupia się na podstawowych czynnościach pielęgnacyjnych. Naszym zadaniem jest uczyć wierszyków, piosenek, wspierać integrację rówieśniczą i przygotowywać te maluchy do dalszej edukacji szkolnej. Noszenie pieluchy przez zdrowe, dobrze rozwijające się trzyletnie dziecko to nic innego jak pójście na łatwiznę ze strony jego opiekunów.

Często podczas zebrań słyszę argumenty, że dziecko ma jeszcze czas, że psychologowie odradzają presję i że wszystko przyjdzie naturalnie. Zgadzam się z szacunkiem do tempa rozwoju, ale bez pracy i zaangażowania w domu nic samo się nie wydarzy. Kiedy pytam, jak wyglądają weekendy, okazuje się, że dla świętego spokoju maluch spędza dwa dni w pampersie, bo tak jest prościej podczas zakupów w galerii czy wycieczki do parku. Potem w poniedziałek rano dziecko trafia do nas, a my musimy mierzyć się z płaczem, odparzeniami i poczuciem wstydu u małego człowieka. Brak elastyczności ze strony rodzin i przerzucanie odpowiedzialności na przedszkole buduje mur wrogości, który szkodzi przede wszystkim samym dzieciom.

W poszukiwaniu zgubionej samodzielności

Mój list nie ma na celu uderzania w rodziców, którzy zmagają się z autentycznymi problemami zdrowotnymi swoich dzieci, bo takie sytuacje zawsze traktujemy indywidualnie. Walczę z lenistwem i postawą, w której przedszkole ma wyręczyć dom w najbardziej podstawowych nawykach higienicznych. Trzylatek to mały człowiek, który ma ogromną potrzebę autonomii i samodzielności, a trzymanie go w pieluszce zwyczajnie tę potrzebę blokuje. Widzę, jak te dzieci cierpią, kiedy widzą rówieśników samodzielnie korzystających z toalety, podczas gdy one same muszą prosić o pomoc przy przewijaniu.

Zabrakło nam w tym wszystkim otwartego dialogu i jasnych zasad, które powinny obowiązywać już na etapie rekrutacji do placówek publicznych. Uważam, że umiejętność korzystania z toalety powinna być twardym warunkiem przyjęcia zdrowego dziecka do grupy trzylatków, co zmusiłoby rodziców do pracy nad tym tematem w okresie wakacyjnym. Obecny stan rzeczy sprawia, że nauczycielki czują się wypalone zawodowo, zmęczone fizycznie i traktowane bez szacunku, na jaki zasługują.

Mam nadzieję, że ten list wywoła ważną dyskusję o tym, gdzie kończą się obowiązki przedszkola, a zaczyna rola świadomego rodzicielstwa. Musimy zacząć rozmawiać o tym głośno, bo jeśli nie postawimy jasnych granic, to za chwilę polskie przedszkola zamienią się w wielkie przechowalnie pełne sfrustrowanych dorosłych i niesamodzielnych dzieci.

Izabela


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: Nie zgadza się na dyżury dziecka w przedszkolu. „Zrobili z mojego synka sługę, który zbiera talerze i wyciera stoły”