Reklama

Wszystko zaczęło się po godzinie szesnastej trzydzieści, kiedy ze świetlicy wyszły ostatnie grupy rówieśników, a sale zaczął sprzątać personel pomocniczy. Moja dyżurna zmiana oficjalnie kończy się o godzinie siedemnastej i do tej pory wszyscy rodzice na czas odbierali swoje pociechy, pamiętając o regulaminie placówki. Dzisiaj jednak zegar nieubłaganie przesuwał się do przodu, a mała, niezwykle wrażliwa drugoklasistka Lenka wciąż siedziała na dywanie, kurczowo tuląc do siebie pluszowego misia.

Wspólnie ułożyłyśmy już wszystkie klocki, przejrzałyśmy książeczki, a chłodna, wrześniowa aura za oknem sprawiała, że w pustym budynku robiło się po prostu ponuro. Dziewczynka co chwilę drgała na dźwięk kroków na korytarzu, pytając mnie cichym głosem, czy tata na pewno o niej pamięta i czy nie zostawimy jej tutaj samej na noc. Serce mi pękało, gdy widziałam jej lęk przed odrzuceniem, bo dziecko w tym wieku powinno jeść w domu ciepłą kolację, a nie nerwowo nasłuchiwać odgłosów zamykanych drzwi wejściowych.

Szokująca riposta w progu świetlicy. Słowa taty, które odebrały mi wiarę w ludzi

Mój zawodowy czas dawno minął, mąż dzwonił z pytaniem, kiedy wrócę do domu, ale nie mogłam przecież zostawić małego dziecka samego. Ojciec Lenki pojawił się w progu sali dopiero kilka minut przed godziną osiemnastą, kiedy cała szkoła była już właściwie zamknięta. Zamiast wpaść z przeprosinami, spalić się ze wstydu i z czułością przytulić stęsknioną córeczkę, na moje pytania o tak późną porę mężczyzna od progu zaczął rzucać złośliwe uwagi pod moim adresem.

Wytłumaczył mi z wyższością, że on płaci w tym kraju podatki, więc nauczycielka w świetlicy ma bezdyskusyjny obowiązek siedzieć z jego dzieckiem tak długo, jak on tego potrzebuje. Dodał jeszcze, że ma ważniejsze sprawy na głowie i pilne spotkania biznesowe, a ja robię mu wielkie problemy z powodu głupiej godziny spóźnienia. Ten człowiek potraktował państwową placówkę jak darmową całodobową przechowalnię, a własną córkę jak zbędny ciężar, który psuje mu piątkowe plany. No po prostu płakać się chce.

Egoizm rodziców niszczy dzieci. Tak skazujemy maluchy na samotność

Upokorzona i zmęczona Lenka szybko założyła plecak i wyszła za ojcem, który nawet nie podał jej ręki, tylko nerwowo klikał coś w swoim smartfonie. To okropne, jak wielki kryzys wartości dotyka współczesne rodziny, gdzie praca staje się ważniejsza od własnego dziecka i elementarnej kultury.

Moja refleksja jest taka, że skazujemy dzieci na samotność od najmłodszych lat, a potem dziwimy się, że nastolatki uciekają w świat wirtualny. Żadne pieniądze i żadne nadgodziny w pracy nie naprawią krzywdy, jaką fundujemy dziecku, zostawiając je na jedenaście godzin w szkolnych murach. Niestety, drodzy rodzice, rodzicielstwo to nie jest darmowa usługa, którą można zrzucić na barki nauczycieli, ale niezbywalny obowiązek obecności i miłości tu i teraz.

Aniela


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: Koleżanki odtrąciły jej córkę, więc im odpłaciła pięknym za nadobne. „Niech smarkule wiedzą, gdzie ich miejsce”

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...