Do mrożącego krew w żyłach zdarzenia doszło 17 października na Bukowym Berdzie w Bieszczadach. W gęstej mgle, przy skrajnie ograniczonej widoczności, dwaj chłopcy w wieku 8 i 14 lat czekali samotnie na rozwidleniu szlaków. Zostawiła ich tam własna matka, ponieważ... nie chcieli iść dalej. Kobieta uznała, że mgła i strach jej synów nie są wystarczającym powodem, by zrezygnować z celu, dlatego poleciła im czekać piętnaście minut, a sama ruszyła zdobywać szczyt oddalony o około godziny drogi.

WIDEO…

player placeholder

Przestraszonych, płaczących chłopców znaleźli uczestnicy wycieczki rzeszowskiego oddziału PTTK. Młodszy, ośmioletni brat był w takim stanie psychicznym, że w akcie paniki próbował schodzić ze szlaku w ślepy, zamglony i skrajnie niebezpieczny teren. Turyści zaopiekowali się dziećmi, a matka wróciła dopiero po dłuższym czasie. Jej tłumaczenie? Dzieci marudziły i przeszkadzały jej w osiągnięciu celu. Przeprosiła dopiero wtedy, gdy uświadomiono jej, że takie zachowanie to nie tylko skrajny egoizm, ale też realne konsekwencje prawne.

Choć nikomu nie przedstawiono oficjalnych zarzutów, PTTK nagłośniło sprawę ku przestrodze. I słusznie, bo ta sytuacja to idealny punkt wyjścia do głębszej refleksji nad współczesnym podejściem do rodzicielskiej odpowiedzialności.

Zobacz także:

Kiedy szczyt i Instagram stają się ważniejsze niż własne dzieci

Współczesny kult osiągnięć, kolekcjonowania przeżyć i idealnych kadrów potrafi przesłonić nam to, co najważniejsze. Żyjemy w świecie, który nieustannie wmawia nam, że możemy wszystko, że self-care i realizacja własnych pasji stoją na pierwszym miejscu. Zapominamy jednak, że granica między zdrowym dbaniem o siebie a toksycznym egoizmem bywa niezwykle cienka. Pozostawienie ośmiolatka w bieszczadzkiej mgle, w obcych, niebezpiecznych górach, tylko dlatego, że marudził i przeszkadzał w zdobyciu szczytu, to jaskrawy dowód na to, że ambicja rodzica potrafi całkowicie wyłączyć instynkt rodzicielski.

Dziecięce marudzenie na szlaku nie jest złośliwością wymierzoną w rodzica. To najczęściej jedyny dostępny dla malucha sposób na zakomunikowanie: „Boję się, jest mi zimno, moje ciało odmawia posłuszeństwa”. Góry jesienią potrafią zmienić się w śmiertelną pułapkę w kilka minut. Niska temperatura, wilgoć i mgła drastycznie obniżają komfort termiczny i psychiczny małego człowieka.

Dla ośmiolatka utrata z oczu rodzica w takich warunkach to potężna trauma generująca lęk. Fakt, że chłopiec próbował uciekać w zamglony teren, pokazuje, jak blisko było od tragedii, o której dziś pisałyby wszystkie portale informacyjne w kraju. Czy jakikolwiek bieszczadzki szczyt, pieczątka w książeczce PTTK czy satysfakcja z pokonania własnych słabości są warte tego, by ryzykować życiem i zdrowiem psychicznym własnego dziecka? Odpowiedź wydaje się oczywista, a jednak w tym przypadku nie była.

Dorosłość to sztuka odpuszczania i brania odpowiedzialności za słabszych

Ta bieszczadzka historia obnaża jeszcze jeden, niezwykle ważny problem współczesnego społeczeństwa – chroniczny brak gotowości do rezygnacji z własnych planów na rzecz dobra wspólnego, jakim jest rodzina. Rodzicielstwo w swojej najgłębszej istocie to nieustanna sztuka kompromisu i umiejętność powiedzenia sobie „stop”, kiedy sytuacja tego wymaga. Idąc w góry z ośmiolatkiem i nastolatkiem, naszym podstawowym obowiązkiem jest dostosowanie tempa, dystansu oraz celów do możliwości najsłabszego uczestnika wyprawy. Jeśli dziecko mówi „Nie idę dalej”, to odpowiedzialny dorosły siada z nim na kamieniu, wyciąga ciepłą herbatę z termosu, a jeśli warunki są złe – pakuje plecak i zarządza odwrót w stronę bezpiecznego schroniska.

Uznanie, że dzieci przeszkadzają w osiągnięciu celu, brzmi tak, jakby matka traktowała je jako zbędny balast, a nie jako istoty, za których bezpieczeństwo odpowiada przed prawem i własnym sumieniem. To postawa skrajnie niedojrzała. Dorosłość polega na tym, że potrafimy schować własne ego do kieszeni. Piękne, bieszczadzkie połoniny będą stały tam, gdzie stoją, przez kolejne tysiące lat. Można na nie wrócić za rok, za pięć lat, albo wybrać się samemu, gdy dzieci zostaną pod opieką w domu. Góry nie uciekną, ale zaufanie dziecka, jego poczucie bezpieczeństwa oraz stabilność emocjonalna, raz nadszarpnięte w tak drastyczny sposób, mogą już nigdy nie wrócić do normy.

Lekcja z Bukowego Berda która powinna zmienić nasze myślenie

Dobrze się stało, że rzeszowski oddział PTTK zdecydował się na tak szerokie nagłośnienie tej sytuacji. Nie chodzi tutaj o linczowanie konkretnej kobiety, bo od oceny prawnej jej zachowania są odpowiednie instytucje, ale o wstrząśnięcie sumieniami nas wszystkich. Ile razy na co dzień widzimy sytuacje, w których rodzice ignorują potrzeby swoich dzieci, byle tylko dopiąć swego? Ile razy sami ulegamy presji, że musimy zrealizować plan wycieczki w stu procentach, ignorując płacz, zmęczenie czy ewidentne sygnały ostrzegawcze wysyłane przez organizm malucha?

Niech te bieszczadzkie wydarzenia będą dla nas wszystkich potężnym memento. Bezpieczeństwo i spokój psychiczny dziecka są wartością nadrzędną, która zawsze, bezwzględnie musi wygrać z każdą, nawet najwspanialszą górską przygodą. Kiedy następnym razem spakujemy plecak i wyruszymy na szlak z naszymi pociechami, pamiętajmy, że największym sukcesem wyprawy nie jest wcale stanięcie na najwyższym punkcie mapy, ale wspólny, bezpieczny, radosny powrót do domu.

Zobacz także: Nieprzyjemna scena w pizzerii. 6-latek zrobił to przy naszym stoliku, a matka nie wiedziała, gdzie podziać oczy. „On się tak bawi”