Organizowanie życia klasy to proces wymagający stałej współpracy, zaangażowania oraz poświęcenia odrobiny wolnego czasu przez każdego z dorosłych. Niestety, rzeczywistość na komunikatorach i forach klasowych pokazuje, że dla wielu osób idealnym modelem funkcjonowania jest całkowite zniknięcie z radarów tuż po pierwszym zebraniu. Ostatnio na kawie moja bliska znajoma, która od lat z wielkim sercem działa w trójce klasowej, wylała przede mną całą swoją frustrację i żal. Opowiedziała mi o zjawisku, które dotyka niemal każdą placówkę i sprawia, że przygotowanie najprostszych mikołajek czy wyjścia do teatru graniczy z cudem.

WIDEO…

player placeholder

W szkołach pojawiła się nowa, niezwykle uciążliwa plaga – zjawisko rodziców-susłów, którzy zapadają w głęboki sen zimowy już w pierwszych tygodniach września. Ludzie ci całkowicie ignorują wszelkie wiadomości, nie odpowiadają na prośby o wsparcie i wychodzą z założenia, że ich obowiązki kończą się na opłaceniu ubezpieczenia. Taka postawa budzi ogromny niesmak. A przecież dzieci doskonale widzą, czyi opiekunowie w ogóle interesują się ich szkolnym życiem.

Grobowa cisza w internetowych grupach rodziców

Współczesna komunikacja między trójką klasową a resztą opiekunów opiera się głównie na aplikacjach, które miały ułatwić szybkie załatwianie spraw organizacyjnych. Niestety, w praktyce te przestrzenie stają się areną jednego aktora, w której prośby o pomoc wiszą w próżni przez długie dni bez jakiejkolwiek reakcji.

Zobacz także:

Moja znajoma z wielkim smutkiem opisywała sytuację, w której próbowała zorganizować drobne upominki na zbliżające się mikołajki dla czwartoklasistów. Napisała prosty komunikat z zapytaniem, kto mógłby podjechać do hurtowni po odbiór zamówienia lub upiec proste muffinki na klasowe spotkanie. Efekt był porażający, ponieważ pod wiadomością pojawiły się jedynie ikony wyświetlenia przez dwadzieścia kilka osób i absolutnie nikt nie odpisał ani jednego słowa.

– To jest po prostu upokarzające, kiedy człowiek poświęca swój prywatny czas dla dobra wszystkich dzieci, a w zamian dostaje ignorancję i mur milczenia – żaliła się zrezygnowana mama z trójki klasowej. – Najgorsze jest to, że ci sami rodzice pierwsi zgłaszają pretensje, jeśli prezenty są według nich za skromne lub organizacja imprezy nie spełnia ich wysokich standardów. Oni myślą, że wszystko zrobi się samo albo że ktoś inny, obcy, weźmie na siebie cały ciężar i odwali za nich czarną robotę – dodała.

Kobieta czuje się bezradna, bo widzi, że zjawisko to staje się normą, a roszczeniowość całkowicie wyparła dawną solidarność. Opiekunowie potrafią przez cały rok nie napisać w grupie ani jednego zdania, budząc się z zimowego snu dopiero w czerwcu, by skrytykować wybór prezentu na zakończenie roku dla wychowawczyni.

Wygodne mity o braku wolnego czasu

Najczęstszą i najbardziej uniwersalną wymówką, jaką rodzice susły zasłaniają swój całkowity brak aktywności, jest rzekomy, permanentny brak czasu. Wszyscy wokół powtarzają jak mantrę opowieści o ciężkiej pracy na pełen etat, nadgodzinach, korkach i obowiązkach domowych, które uniemożliwiają im zrobienie czegokolwiek dodatkowego.

Jednak kiedy przyjrzymy się bliżej strukturze przeciętnej klasy, okazuje się, że osoby działające w komitetach mają dokładnie takie same obciążenia życiowe. Każda z nas haruje w pracy, ma na głowie dom, zakupy, gotowanie oraz drugie dziecko, które trzeba zawieźć na zajęcia dodatkowe z angielskiego czy basen.

– Zasłanianie się pracą to w dzisiejszych czasach bardzo tania i wygodna wymówka, która ma tylko zamaskować zwykłe lenistwo oraz brak elementarnej przyzwoitości – zauważa trafnie moja rozżalona rozmówczyni. – Przecież my też nie siedzimy w domach z założonymi rękami i nie nudzimy się, czekając na kolejne zadania od szkoły. Różnica polega na tym, że nam zależy na tym, by nasze dzieci miały miłe wspomnienia z dzieciństwa, a inni wolą po prostu prześlizgnąć się przez te osiem lat na cudzych plecach – mówi z żalem.

Taka postawa rodzi potężne poczucie niesprawiedliwości, ponieważ garstka zaangażowanych matek co roku organizuje atrakcje, z których potem korzystają pociechy wszystkich rodziców. Najbardziej cierpi na tym atmosfera wokół klasy, ponieważ zamiast przyjaznej integracji tworzą się podziały na tych, którzy robią wszystko, i na tych, którzy tylko biernie konsumują.

Cena, jaką płacą najmłodsi za bierność dorosłych

Konflikty na klasowych komunikatorach rzadko kiedy zostają w świecie dorosłych, ponieważ dzieci są doskonałymi i niezwykle bystrymi obserwatorami rzeczywistości. Maluchy w wieku szkolnym doskonale orientują się, czyja mama upiekła ciasto na kiermasz, kto przyszedł pomóc w dekorowaniu sali na andrzejki i kto załatwił tańsze bilety do kina. Kiedy na każdej imprezie klasowej przewijają się wciąż te same trzy twarze, reszta dzieci zaczyna czuć naturalne zakłopotanie.

– Dzieci po prostu zaczynają się wstydzić za swoich wiecznie nieobecnych i niemych rodziców – podsumowała ze smutkiem naszą rozmowę zmęczona mama z trójki klasowej. – Syn opowiadał mi, że koledzy w klasie wprost pytają, dlaczego ich rodzice nigdy w niczym nie pomagają i czy w ogóle obchodzi ich to, co dzieje się w szkole. To jest potężny cios w dziecięcą dumę, bo każdy uczeń chce czuć, że jego rodzina jest ważną częścią tej małej, szkolnej społeczności – dodała.

Warto zastanowić się, jakich wartości uczymy młode pokolenie, pokazując im tak skrajny konformizm i brak odpowiedzialności za wspólnotę. Jeśli nie obudzimy się z tego wygodnego snu i nie zaczniemy aktywnie uczestniczyć w życiu placówek, wyhodujemy generację ludzi przekonanych, że wszystko im się należy bez żadnego osobistego wkładu. Kluczem do zmiany musi być odrzucenie egoizmu i zrozumienie, że szkoła to nie jest przechowalnia, lecz żywy organizm, który bez naszej wspólnej energii po prostu przestanie oferować dzieciom cokolwiek poza suchą podstawą programową.

Zobacz też: Odbiera córkę ze świetlicy o 18, bo taką ma pracę. „To zadanie nauczycielek, żeby ją zabawiać i na mnie czekać”