Moja córka ma zaledwie trzy lata i od września uczy się funkcjonowania w grupie rówieśniczej, co samo w sobie jest dla niej gigantycznym wyzwaniem emocjonalnym. Dotychczas chętnie maszerowała rano do sali, ale od kilku dni zaczęła kurczowo trzymać się mojej nogi w szatni, płakać i błagać, żebyśmy wróciły do domu. Nie miałam pojęcia, co się dzieje, dopóki wczoraj po południu nie odebrałam jej z grupy i nie przyjrzałam się nowej, wielkiej tablicy magnetycznej wiszącej dumnie w korytarzu.
WIDEO…
Niewinna tablica w korytarzu, która stała się symbolem wstydu i upokorzenia
Nauczycielki postanowiły zrezygnować z tradycyjnych słoneczek oraz chmurek i wprowadziły autorski system warzywny, który miał niby w zabawny sposób oceniać codzienne zachowanie maluchów. Nad każdym nazwiskiem wisiały kolorowe magnesy, a pani z uśmiechem wyjaśniła mi, że grzeczne dzieci zbierają zielone groszki i urocze marchewki.
Kiedy jednak spojrzałam na rubrykę mojej Jadzi, obok jej imienia pysznił się wielki, fioletowy, złośliwie narysowany burak, a córeczka na ten widok natychmiast schowała twarz w moich spodniach i zaczęła cicho szlochać. Okazało się, że to fioletowe warzywo jest oficjalną przedszkolną karą za brak posłuszeństwa, głośniejsze zachowanie albo odmowę zjedzenia nielubianej zupy podczas wspólnego obiadu.
Co usłyszałam od własnego dziecka po powrocie do domu
W aucie Jadzia nie chciała w ogóle rozmawiać, dopiero w domu, gdy usiadłyśmy na dywanie w jej pokoju, całe napięcie z niej zeszło i zaczęła płakać. Przez łzy wykrztusiła, że pani przy wszystkich dzieciach ogłosiła, że dzisiaj Jadzia była bardzo niegrzeczna i zostaje burakiem, a inne dzieci zaczęły się śmiać. Dla trzylatki słowa dorosłego są święte i ona przyjęła to całkowicie dosłownie, wierząc, że stała się jakimś gorszym, wyśmiewanym stworzeniem, a nie kochaną dziewczynką. W języku dorosłych to słowo ma jednoznacznie pogardliwe znaczenie i używanie go w stosunku do maluchów, które dopiero uczą się kontrolować swoje emocje, jest dla mnie szczytem pedagogicznej bezmyślności.
Moje dziecko nie jest burakiem ani rzodkiewką, jest żywym, czującym człowiekiem, który po kilku godzinach spędzonych w hałasie ma pełne prawo być zmęczony, biegać czy głośniej wyrażać swoje niezadowolenie. Publiczne etykietowanie tak małych dzieci na oczach rówieśników i wystawianie ich na widok publiczny w korytarzu, gdzie każdy wchodzący rodzic widzi, kto jest w tej gorszej kategorii, to czysta segregacja.
Moja natychmiastowa wizyta u dyrekcji i walka o emocje maluchów
Nie zamierzałam tak tego zostawić, dlatego dzisiaj rano, zamiast odprowadzić córkę na salę, poszłam prosto do gabinetu dyrektorki, domagając się natychmiastowego usunięcia tej upokarzającej tablicy. Usłyszałam oczywiście klasyczne tłumaczenie, że przesadzam, że to tylko niewinna metafora i że dzieci dzięki temu szybko uczą się dyscypliny i posłuszeństwa. Tyle tylko, że taka dyscyplina oparta na publicznym wstydzie i lęku przed wyśmianiem przez koleżanki i kolegów nie uczy żadnych mądrych wartości, a jedynie wywołuje w małych serduszkach potężną traumę.
Nowoczesne przedszkole powinno wspierać rozwój emocjonalny i pomagać dzieciom w trudnych chwilach, a nie budować toksyczną rywalizację i dzielić trzylatki na lepszy i gorszy sort za pomocą warzywnych naklejek. Nie zgadzam się na to, żeby moja córka bała się chodzić do placówki przez przestarzałe metody wychowawcze opiekunek, które najwyraźniej nie radzą sobie z okiełznaniem grupy bez stosowania psychicznej presji.
Mam nadzieję, że mój list skłoni innych rodziców do uważnego przyjrzenia się temu, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami sal, bo nasze dzieci same często nie potrafią opowiedzieć o krzywdzie, jaka spotyka je ze strony dorosłych.
Pozdrawiam Was serdecznie,
Alina Z.