Droga Redakcjo, jestem mamą czteroletniej Kalinki i codziennie zmagam się z tym samym wypchanym grafikiem, który zna większość pracujących kobiet w dużym mieście. Pracuję w korporacji do godziny siedemnastej, a biorąc pod uwagę odległość biura od placówki oraz wieczne popołudniowe korki na trasie, nie mam fizycznej możliwości, by zjawić się po córkę wcześniej niż przed samą osiemnastą. Za każdym razem, gdy wpadam zdyszana do pustego już budynku, czeka na mnie ten sam widok: zrezygnowana salowa opierająca się o mop i wychowawczyni patrząca wymownie na zegarek, jakbym co najmniej robiła jej krzywdę.

WIDEO…

player placeholder

Najchętniej zostawiałabym małą w przedszkolu do godziny dwudziestej, bo to dałoby mi komfort spokojnego skończenia raportów, zrobienia zakupów i odebrania stęsknionego dziecka bez tego całego potwornego stresu. Zamiast ciągłych pretensji oczekiwałabym zupełnie innej postawy, bo to przecież my, pracujący rodzice, napędzamy cały ten system. Uważam, że nauczycielki powinny mi dziękować, bo dzięki mnie mają pracę, stałe zatrudnienie i państwowe etaty, na które składa się moja ciężka praca i wysokie podatki.

Przedszkola otwarte do 20? To cena przetrwania w korporacyjnej rzeczywistości

Kiedy słucham innych matek z grupy mojej córki, które nie pracują zawodowo i dumnie zabierają swoje dzieci do domu zaraz po obiedzie o trzynastej, czuję jedynie potężną złość. One mają czas na spacery, gotowanie trzydaniowych posiłków i spokojne popołudnia, a ja muszę walczyć o każdą minutę na drodze, by zdążyć przed zamknięciem drzwi placówki.

Zobacz także:

Świat poszedł do przodu i dzisiejszy rynek pracy wymaga od nas pełnej dyspozycyjności, elastyczności oraz oddania firmie, co zupełnie nie współgra ze sztywnymi ramami państwowej oświaty. Skoro przedszkole deklaruje, że jest otwarte do osiemnastej, to nie rozumiem, skąd to wielkie oburzenie, że ktoś rzeczywiście korzysta z tych godzin do samego końca.

Przecież nie zostawiam tam dziecka dlatego, że idę w tym czasie na kawę z koleżanką albo do kosmetyczki na robienie rzęs. Moja obecność w biurze to kwestia zarabiania pieniędzy na utrzymanie domu, opłacenie rachunków i zapewnienie małej dobrego startu w przyszłość. Niestety, dla personelu przedszkolnego pracujący rodzic to najczęściej najgorszy wróg, który śmie zakłócać ich święty spokój po godzinie szesnastej. Wychowawczynie zapominają, że ich praca jest taką samą usługą jak każda inna i powinna być wykonywana z pełnym profesjonalizmem oraz uśmiechem na twarzy do ostatniej minuty dyżuru. Zamiast tego dostaję chłodne komunikaty i ciche pretensje, które sprawiają, że przekraczanie progu placówki kojarzy mi się wyłącznie z ogromnym stresem.

Marzenie o elastycznej opiece do późnego wieczora

Gdyby system edukacji publicznej naprawdę chciał wspierać młode, aktywne zawodowo rodziny, godziny otwarcia placówek wyglądałyby zupełnie inaczej. Marzę o sytuacji, w której mogłabym bez wyrzutów sumienia zadzwonić do przedszkola i poinformować, że z powodu ważnego spotkania odbiorę Kalinkę o godzinie dziewiętnastej trzydzieści lub dwudziestej. Dziecko w tym czasie zjadłoby ciepłą kolację, pobawiło się z rówieśnikami i bezpiecznie poczekało na matkę, która nie musiałaby ryzykować mandatu za szybką jazdę przez miasto. Niestety, w naszym kraju wciąż panuje archaiczne przekonanie, że matka powinna o piętnastej stać pod bramą, co w realiach wielkiego miasta jest totalną bzdurą.

Ta sztywność systemu rodzi potężny konflikt i sprawia, że pracujące kobiety czują się stale piętnowane i traktowane jak wyrodne matki. Przecież przedszkole nie funkcjonuje w próżni i powinno dostosować się do potrzeb ludzi, którzy je finansują. Gdyby nie nasze dzieci zostające do późna, etaty w wielu grupach zostałyby po prostu zredukowane, a panie nie miałyby kogo uczyć wierszyków i piosenek. Zamiast budować mur wrogości i rzucać mi na odchodne lodowate spojrzenia, personel powinien docenić to, że dzięki naszej lojalności ich miejsca pracy są bezpieczne i stabilne. 

Konieczność zmian zamiast wiecznego poczucia winy

Mam nadzieję, że mój list wywoła ważną i otwartą dyskusję o tym, jak bardzo współczesne instytucje oświatowe są oderwane od realnego życia młodych rodziców. Musimy przestać udawać, że problem nie istnieje i zacząć głośno domagać się wydłużenia godzin pracy przedszkoli, by dostosować je do współczesnych standardów życia. Zamiast marnować energię na wpędzanie matek w poczucie winy, pora zacząć szukać rozwiązań, które pozwolą nam normalnie pracować i wychowywać dzieci bez ciągłego lęku przed spóźnieniem.

Każda z nas zasługuje na szacunek za wysiłek, jaki wkłada w codzienne łączenie tych dwóch trudnych światów. Mam głęboką nadzieję, że kadra pedagogiczna wreszcie zrozumie naszą perspektywę i schowa do kieszeni uprzedzenia. Przedszkole ma nas wspierać, a nie stawiać pod ścianą i oceniać nasze wybory zawodowe przez pryzmat zegarka. Miłości do dziecka nie mierzy się liczbą godzin spędzonych na placu zabaw przed szesnastą, ale jakością czasu, jaki dajemy maluchowi po powrocie do bezpiecznego domu.

Malwina


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: Biedne dzieciaczki siedzą w przedszkolu od 7 do 17. „Rodzice muszą ich nie kochać”