Gdy mówimy o szacunku wobec dziecka, nie chodzi wyłącznie o wychowywanie bez przemocy i krzyków. Chodzi także o branie pod uwagę zdania naszej pociechy – szczególnie w tak ważnej kwestii, jak publikowanie jej wizerunku w sieci. Rodzice często roszczą sobie prawo do decydowania o tym, kiedy i jaka fotografia malucha lub nastolatka ujrzy światło dzienne. A im starsze dziecko, tym bardziej odczuwa skutki takiego zachowania. Sharenting to powszechne zjawisko polegające na publikacji wizerunku dzieci w sieci i coraz częściej bywa bardzo szkodliwe. Jakie skutki się z nim wiążą i co dokładnie czuje dziecko, którego zdjęcia są publikowane? 

WIDEO…

player placeholder

Zrób wszystko, żeby twoje dziecko nie stało się memem

- Sharenting odbiera dziecku część prawa do prywatności, a także do samodzielnego budowania własnej tożsamości i opowieści o sobie. To przecież dziecko powinno decydować, kim chce być i jak chce się prezentować. Internet sprawia też, że informacja zwrotna staje się „policzalna”. Dziecko widzi, ile dostało polubień oraz pozytywnych i negatywnych komentarzy, i może zacząć mierzyć tą miarą własną wartość. Komentarze dotyczące wyglądu mogą z kolei utrwalić przekonanie, że wartością nie jest to, kim jestem i co potrafię, lecz to, jak wyglądam. Dotyczy to głównie dziewczynek, ale także chłopców – mówi psycholożka Dominika Bartoszak. 

Trzeba mieć świadomość, że udostępniając fotografie lub nagrania, na których jest nasze dziecko, zamiast zapewniać mu bezpieczeństwo, wpędzamy je w pułapkę. Nie chodzi wyłącznie o wykorzystywanie jego wizerunku przez obcych, choć to też bardzo istotny aspekt. Kluczowe jest również to, że te publikacje zobaczą rówieśnicy naszej pociechy, które mogą wykorzystać je przeciwko niej. Wraz z każdym zdjęciem sprzedajemy za darmo także dane o naszym dziecku – to do jakiej szkoły chodzi, na jakie zajęcia pozalekcyjne, ile ma lat, czym się interesuje. Nie mówiąc już o skrajnych przypadkach, jak publikowanie zdjęcia rozgolaszonego malucha w internecie. 

Zobacz także:

- Zarówno rówieśnicy, jak i osoby obce mogą wykorzystać takie materiały wbrew intencjom osoby publikującej, nawet jeśli chciała ona jedynie podzielić się radosną chwilą. Zdjęcia i filmy mogą być przerabiane, wykorzystywane jako memy, rozsyłane w prywatnych grupach i wyśmiewane w komentarzach – podkreśla psycholożka. 

Warto zatem zastanowić się nad tym, co czuje nasze dziecko, gdy wystawiamy jego emocje na takie bodźce. Bo nawet jeżeli jest ono maleńkie, nie oznacza, że kiedyś jakieś nagranie nie zostanie mu przypomniane. Wiemy już bowiem, że internet nie zapomina i co raz się w nim znajdzie, zostanie tam na zawsze.

Co czuje dziecko, gdy udostępniamy jego zdjęcia w sieci?

Kluczowe jest to, aby dziecko samodzielnie decydowało o tym, co na jego temat jest upowszechniane. Rodzice są od tego, aby pomóc mu w tej decyzji i przede wszystkim zapewnić mu bezpieczeństwo. Dlatego np. w przypadku dzieci kilkumiesięcznych, które nie są w stanie wyrazić sprzeciwu, nie powinno być mowy o jakichkolwiek publikacjach. 

- W wieku przedszkolnym dziecko nie ma jeszcze zasobów, by świadomie współdecydować. A skoro nie jest w stanie tego zrobić, w ogóle nie powinniśmy myśleć o publikowaniu jego wizerunku. Większa świadomość pojawia się około 7. roku życia, choć trudno wyznaczyć tu jedną granicę - u każdego dziecka przebiega ona w nieco innym miejscu. Biorąc jednak pod uwagę rozwój poznawczy (sposób, w jaki dziecko myśli i postrzega świat), można założyć, że większość siedmiolatków rozumie podstawowe zasady działania internetu. Pytanie brzmi, czy taka wiedza wystarczy do wyrażenia nie tyle zgody, ile zgody świadomej. Świadoma zgoda oznacza, że mam pełną wiedzę o tym, jak działają media społecznościowe i algorytmy oraz co może stać się z moim wizerunkiem teraz i w przyszłości. Oznacza też, że wiem, iż mogę jej nie wyrazić albo wycofać ją w dowolnym momencie. Wreszcie: nawet gdy dziecko się zgadza, odpowiedzialność nadal spoczywa na rodzicu. Zgoda może być wskazówką, ale to rodzic, kierując się dobrem dziecka, powinien ocenić, czy dana publikacja w ogóle powinna się pojawić – podkreśla Dominika Bartoszak. 

T-Mobile Polska we współpracy z Komendą Główną Policji i UNICEF Polska przygotowali kampanię edukacyjną na temat sharentingu. W jej ramach powstał raport dotyczący udostępniania wizerunku dzieci w sieci. Wynika z niego, że połowa rodziców w Polsce publikuje w internecie informacje o swoich dzieciach. Jedocześnie, co piąty młody człowiek przyznaje, że te publikacje są dla niego źródłem zawstydzenia. Ciekawym przykładem może być np. filmik z występu dziecka, z którego ono nie było zadowolone. Rodzice, chcąc się pochwalić, mogą nie myśleć o tym, że ich pociecha później za każdym razem będzie przeżywać ten sam poziom wstydu, który przeżywała podczas występu. 

- Emocje dzieci nie są jednoznaczne. Z jednej strony pojawia się radość, z drugiej niepewność, lęk i złość. Im starsze dzieci, tym więcej negatywnych emocji deklarują. To powinno zwrócić naszą uwagę. Starsze dziecko lepiej rozumie, czym jest jego wizerunek i jakie są konsekwencje jego publikowania, dlatego ocenia to zjawisko bardziej krytycznie. Młodsze dzieci oceniają je pozytywnie także dlatego, że nie mają jeszcze narzędzi, by określić swój prawdziwy stosunek do niego – podkreśla psycholożka.

Gdzie postawić granice?

Oczywiste jest, że dumni rodzice chcą chwalić się swoim dzieckiem. Dawniej robili to w grupie znajomych. Dziś ta grupa znajomych coraz częściej rozszerza się także na dalszych znajomych np. z Facebooka czy Instagrama. Warto jednak pamiętać o tym, że poza nimi to zdjęcie może trafić w niepowołane ręce. Istnieje wyraźna granica pomiędzy dzieleniem się radością z rodzicielstwa, a traktowaniem dziecka jako elementu własnego wizerunku. 

- Tę granicę wyznacza kilka czynników. Najważniejsze to kontekst, szacunek i cel. Przed każdą publikacją warto się zastanowić, co zyska na niej moje dziecko i w jaki sposób wspieram w ten sposób jego rozwój, autonomię i poczucie sprawstwa. Warto też zadać sobie pytanie, czy bez tych publikacji odczuwał(a)bym brak - a jeśli tak, to dlaczego. Czy jestem istotną częścią historii, którą opowiadam o dziecku w sieci? Czy potrafię opowiadać o sobie bez udziału dziecka?

Gdy kobieta zostaje mamą, często traktuje to jako swoją główną rolę w życiu. Naturalnie jej codzienność kręci się wokół maleństwa i chce dzielić się każdą chwilą z jego codzienności. Tu właśnie warto postawić tę granicę. Bo kluczowe jest opowiadanie o sobie, a nie o dziecku. I każda mama powinna znaleźć swój sposób na dzielenie się macierzyństwem, jeżeli tego chce, ale bez udziału dziecka.