Mam czworo dzieci i od wielu lat piszę o rodzicielstwie, więc w kategorii "atrakcje dla dzieci" widziałam naprawdę sporo. W Billund też już byłam. Siedem lat temu przyjechałam tu z trzema córkami, dziś dorosłymi. Tym razem zabrałam ich 6-letniego brata, Leona, i choć wiele miejsc pamiętałam, ten wyjazd przeżywałam zupełnie inaczej.

WIDEO…

player placeholder


Być może dlatego, że sama jestem już inną mamą. Przy pierwszych dzieciach miałam potrzebę zobaczenia wszystkiego. Skoro gdzieś przyjechaliśmy, należało wykorzystać czas, a każdy niewypełniony punkt programu wydawał się trochę straconą okazją. Przy czwartym dziecku wiem już, że rodzinny wyjazd nie staje się lepszy wraz z liczbą zaliczonych atrakcji. Zamiast na mapę częściej patrzę więc na Leona. Czy jeszcze świetnie się bawi? Czy jest zmęczony? Czy naprawdę chce wejść na tę kolejkę, czy tylko widzi, że inni wchodzą? I czy jeśli po raz szósty chce zjechać z tej samej zjeżdżalni, naprawdę jest sens mówić mu, że musimy iść dalej, bo w planie mamy jeszcze trzy inne?
Billund bardzo sprzyja takiemu podróżowaniu, bo tu właściwie wszystko podporządkowano dziecięcej potrzebie zabawy.

W Billund nawet droga nie musi być nudna

Billund jest niewielkie i oczywiście jego historia oraz współczesność są nierozerwalnie związane z LEGO. To tutaj firma powstała i do dziś ma swoją siedzibę. Podczas tego wyjazdu uderzyło mnie jednak coś znacznie mniej spektakularnego niż kolejne atrakcje - sposób, w jaki dziecko zostało wpisane w samo miasto.
Idąc z LEGOLANDU w stronę LEGO House, zauważyłam na chodniku labirynty, wzory i zadania. Leon, zamiast marudzić, że jeszcze trzeba iść, zaczął sprawdzać, co pojawi się dalej. Dopiero później dowiedziałam się, że to element Playline - trasy prowadzącej przez Billund i łączącej miejsca ważne dla rodzin.

Zobacz także:
Billund

To drobiazg, ale dla mnie mówi o tym mieście bardzo dużo. Ktoś pomyślał o dziecku nie tylko wtedy, kiedy rodzic kupuje bilet do parku rozrywki. Pomyślał też o kilkunastu minutach zwyczajnego spaceru. Dla nas chodnik jest po prostu drogą z punktu A do B. Dla sześciolatka może być kolejnym miejscem do zabawy. I takich rozwiązań jest w Billund znacznie więcej.

Lalandia miała być naszą bazą. Okazała się jedną z największych atrakcji

Spaliśmy w Lalandii, położonej tuż obok LEGOLANDU. Przed wyjazdem traktowałam ją głównie jako świetnie zlokalizowaną bazę wypadową. Szybko okazało się, że spokojnie można byłoby spędzić tu cały dzień i nie mieć poczucia, że cokolwiek nas ominęło.


Sercem Lalandii jest Aquadome, największy park wodny w Skandynawii. I tu określenie "idziemy na basen" zdecydowanie nie oddaje tego, co czeka w środku. Są spokojniejsze miejsca dla mniejszych dzieci, ale też mnóstwo zjeżdżalni. Na Power Racers cztery osoby mogą ścigać się obok siebie na równoległych, stumetrowych torach. Wild River ma 168 metrów i częściowo prowadzi na zewnątrz. Są pontony, rwąca rzeka, ogromny basen z falami i ogrzewany basen zewnętrzny. Można nawet spróbować pływania z syrenim ogonem.

Lalandia

Leon oczywiście chciał spróbować wszystkiego. A właściwie prawie wszystkiego, bo przy niektórych zjeżdżalniach najpierw się zatrzymywał.
- Mamo, ja tam nie zjadę.
I właśnie te chwile zapamiętałam z Lalandii najlepiej. Nie przekonywałam go, że nie ma się czego bać, bo przecież miał. Z jego perspektywy ta zjeżdżalnia była ogromna, ciemna albo po prostu nie wiedział, co wydarzy się po drodze. Mógł więc zrezygnować. Czasem staliśmy obok i patrzyliśmy, jak zjeżdżają inni. Po chwili podchodził jeszcze raz i sam decydował, że jednak spróbuje.
Kilka minut później wypadał z wody kompletnie szczęśliwy i przede wszystkim niewiarygodnie dumny z siebie. "Mamo, zrobiłem to!" - słyszałam tego wyjazdu wiele razy. A zaraz potem najczęściej: "Jeszcze raz!".


Jako psycholog mogłabym oczywiście napisać o budowaniu poczucia sprawczości i o tym, jak ważne jest, żeby dziecko samo doświadczało własnej skuteczności. Jako mama wolę jednak patrzeć, jak dzieje się to naprawdę. Nie wtedy, kiedy mówimy dziecku: "jesteś odważny", ale wtedy, gdy ono samo zbiera dowody na to, że potrafi zrobić coś, czego jeszcze pięć minut wcześniej się bało.


Aquadome jest przy tym tak duży, że nie planowałabym go jako dodatku w rodzaju: "po LEGOLANDZIE pójdziemy jeszcze na chwilę na basen". My ścigaliśmy się na zjeżdżalniach, skakaliśmy przez fale i wypływaliśmy do zewnętrznego basenu. To ostatnie bardzo lubię - szczególnie kiedy na dworze panuje duńska pogoda, a człowiek siedzi w ciepłej wodzie pod gołym niebem.
I kiedy w końcu uda się dziecko wyciągnąć z wody, okazuje się, że to dopiero część Lalandii.

Kręgle, trampoliny i Winter World - wszystko pod jednym dachem

W ogromnym kompleksie są restauracje, kawiarnie, sklepy i kolejne atrakcje. Można zagrać w minigolfa, poskakać na trampolinach High Jump, pójść na kręgle albo wejść do Winter World.
Kręgle okazały się dla Leona kolejnym małym pierwszym razem. Sześciolatek nie musi umieć grać - może się tutaj dopiero uczyć, a radość z pierwszych strąconych kręgli jest zupełnie nieproporcjonalna do liczby zdobytych punktów. Po latach wychowywania dzieci coraz bardziej lubię miejsca, w których nie trzeba być w czymś dobrym, żeby świetnie się bawić.


Dla rodzica ogromnym plusem Lalandii jest też zwyczajna wygoda. Nie trzeba po każdej atrakcji zapinać dziecka w samochodzie, jechać przez miasto, szukać parkingu i zastanawiać się, gdzie teraz zjeść. Można wyjść z basenu, pójść na kolację, usiąść na kawę, a potem - jeśli sześciolatek nadal funkcjonuje na swoim tajemniczym źródle energii - ruszyć na kręgle czy trampoliny. Przy małym dziecku taka logistyka naprawdę robi różnicę.

Pojechałam dla dziecka, zakochałam się w domku

Największym zaskoczeniem Lalandii wcale nie był jednak Aquadome. Był nim nasz domek. Nie spaliśmy w hotelu, ale w osobnym, parterowym domu. Jasnym, prostym, funkcjonalnym, z własną kuchnią, salonem, sypialniami i tarasem. Wokół mieliśmy zieleń, przestrzeń i ciszę. Weszłam do środka i właściwie od razu pomyślałam: ja chcę tak mieszkać.
Nie chodziło o luksus rozumiany jako marmury czy designerskie meble. Po latach podróżowania z dziećmi luksus oznacza dla mnie coś zupełnie innego. To możliwość zrobienia rano śniadania we własnej kuchni. To przestrzeń, w której nikt nikomu nie siedzi na głowie. To dziecko, które wieczorem może pójść spać, podczas gdy dorośli nadal mogą rozmawiać, napić się herbaty albo usiąść na tarasie, zamiast siedzieć po ciemku w hotelowym pokoju.


Domki w Lalandii są różnej wielkości, a pobyt w nich obejmuje dostęp do Aquadome. Większe mają kilka sypialni, część również saunę czy spa. 
Ale mnie najbardziej spodobał się sam pomysł życia na jednym poziomie, blisko zieleni, z dużą częścią wspólną i wyjściem na zewnątrz. Po całym dniu pełnym muzyki, ludzi, kolejek i dziecięcych emocji nie wracaliśmy hotelowym korytarzem do pokoju. Wracaliśmy do domu. I ta różnica okazała się dla mnie zaskakująco ważna.

LEGO House - za nic go nie odpuszczę

LEGO House pamiętałam z wyjazdu z córkami sprzed siedmiu lat. Dlatego jeszcze przed przylotem do Danii wiedziałam, że tym razem również musimy tam pójść. Nie chciałam wciskać go pomiędzy inne atrakcje ani traktować jako dodatku do LEGOLANDU.
Pamiętałam, że to miejsce daje dzieciom coś zupełnie innego: zamiast oglądać świat zbudowany przez dorosłych, same go tworzą.
I dokładnie tak było z Leonem. Budował, testował, zmieniał pomysły, rozbierał i zaczynał od nowa. Ponieważ kocha dinozaury, właściwie z góry było wiadomo, gdzie utkniemy na dłużej. Jedno z zadań polegało na przygotowywaniu z klocków jedzenia dla ogromnych dinozaurów LEGO. Dla dziecka, którego dwie wielkie miłości to LEGO i dinozaury, trudno wymyślić lepszą kombinację.

Lego house

Patrzyłam, jak Leon zastanawia się, co zbudować, dokłada kolejne elementy, poprawia konstrukcję i sprawdza efekt. Nie potrzebował instrukcji ani zachęty. Nie wiedział też oczywiście, że właśnie ćwiczy planowanie, wytrwałość, myślenie przestrzenne czy tolerowanie frustracji. Po prostu się bawił. I to jest dla mnie największa siła LEGO House. Dziecko może spędzić naprawdę dużo czasu nad jednym pomysłem, bo nikt nie pogania go do kolejnego eksponatu. Nie ma też jednego poprawnego rozwiązania. Jeśli coś nie działa, można to rozebrać i zrobić inaczej. Dlatego nie próbowałabym łączyć LEGO House i LEGOLANDU jednego dnia. Na LEGO House warto zostawić kilka godzin i pozwolić dziecku utknąć tam, gdzie akurat chce utknąć.

LEGOLAND robi wrażenie nawet wtedy, kiedy już w nim byłaś

Następnego dnia weszliśmy do LEGOLANDU. I choć byłam tu wcześniej, bardzo szybko przypomniałam sobie, dlaczego dzieci reagują na to miejsce w taki sposób - bo tu właściwie nie wiadomo, gdzie patrzeć, tak wiele jest atrakcji.

W Minilandzie całe miasta, porty, lotniska i charakterystyczne budowle powstały z ponad 20 milionów klocków. Jeżdżą pociągi, płyną statki, poruszają się samochody.  Leon co chwilę odkrywał kolejny szczegół i wołał mnie z innego miejsca. Po jakimś czasie sama zaczęłam robić dokładnie to samo - szukać drobiazgów, zaglądać pomiędzy budynki i sprawdzać, co się poruszy.

Legoland miniland

To jest chyba jedna z największych zalet LEGOLANDU: atrakcje bardzo szybko zmieniają charakter. Przed chwilą oglądaliśmy misternie zbudowane miasta, za moment siedzieliśmy w rollercoasterze, później Leon przeciskał się między laserami, a jeszcze później płynęliśmy łodzią. Nie ma poczucia, że cały dzień polega na staniu w kolejce do kolejnej wersji tej samej karuzeli.

Legoland domek strachów

Od "trzymaj mnie" do "jeszcze raz"

Leon ma około 125 cm i to okazało się świetnym wzrostem na LEGOLAND. Jest już wystarczająco duży na wiele naprawdę emocjonujących atrakcji, ale nadal przeżywa je z tym dziecięcym zachwytem, którego nie da się podrobić.

Legoland karuzele

Jedną z atrakcji, które pamiętałam jeszcze z wyjazdu z córkami, był Polar X-plorer. Jedzie się przez lodową scenerię, a w pewnym momencie wagonik niespodziewanie spada o pięć metrów. Dziecko o wzroście Leona może już jechać z dorosłym. Kiedy siedziedzieliśmy obok siebie i zbliżaliśmy się do zjazdu, Leon poprosił, żebym go trzymała. I wtedy przez sekundę zobaczyłam na jego miejscu moje córki.
Mam ten przywilej - i czasem lekkie przekleństwo - że przy czwartym dziecku wiem już, jak szybko mija ten etap. Przy pierwszym wydaje nam się, że dziecko zawsze będzie małe. Przy czwartym dobrze wiem, że za kilka lat może nie chcieć siedzieć obok mnie na kolejce, a już na pewno nie poprosi, żebym trzymała je za rękę. Więc trzymałam. A kiedy wysiedliśmy, cała moja wzruszająca matczyna refleksja została natychmiast przerwana pytaniem:
- Możemy jeszcze raz?
I bardzo dobrze.

Legoland

NINJAGO, lasery i dziecko, które nagle znika w swojej przygodzie

Jedną z ulubionych stref Leona było NINJAGO World. Szczególnie Laser Maze, w którym trzeba przejść przez trzydzieści wiązek laserowych, schylając się, omijając je i szukając drogi na drugą stronę. 
Patrzyłam, jak nagle przestaje zwracać uwagę na wszystko dookoła. Nie potrzebuje mnie, żeby powiedzieć mu, co ma zrobić. Sam analizuje, którędy przejść, kuca, cofa się i próbuje inaczej.

Legoland Ninjago

To są moje ulubione chwile podczas rodzinnych wyjazdów. Nie te, kiedy mówię dziecku: "zobacz, jakie to fajne", ale te, kiedy przestaję być mu do czegokolwiek potrzebna, bo ono już całkowicie weszło we własną przygodę.

Chwilę później znowu byłam potrzebna - tym razem przy LEGO Canoe. Łódź płynie spokojnie przez świat zbudowany z klocków, aż w końcu pojawia się przed nami zjazd do wody. Zobaczyłam znajomą minę. Tę samą, którą widziałam dzień wcześniej na zjeżdżalniach w Lalandii. Niepewność, pytanie, czy to na pewno dobry pomysł i decyzję: jadę.
Po chwili był zjazd, woda, krzyk i śmiech. A potem ta sama duma, którą obserwowałam już wcześniej. Znowu zrobił coś, czego chwilę temu nie był pewien.

A potem usiedliśmy na kanapie i... polecieliśmy

Jedną z atrakcji, które zrobiły największe wrażenie również na mnie, było Emmet's Flying Adventure - Masters of Flight.
Nazywanie tego kinem jest trochę krzywdzące. Siada się na czymś w rodzaju kanapy, która po chwili unosi się przed ogromnym, zakrzywionym ekranem. Nogi wiszą w powietrzu, fotel porusza się razem z obrazem, czuć wiatr, mgiełkę, pojawiają się nawet zapachy. Całość została zaprojektowana tak, żeby naprawdę dać wrażenie lotu. I rzeczywiście przez chwilę miałam wrażenie, że lecimy.
Co najlepsze, przestałam obserwować Leona. Nie sprawdzałam, czy się boi, czy dobrze się bawi, czy trzeba go przytulić. Sama dałam się wciągnąć w tę iluzję.

Legoland
materiał własny

Bardzo lubię miejsca dla dzieci, w których dorosły nie jest wyłącznie osobą trzymającą plecak, pilnującą kurtki i pytającą co trzydzieści minut, czy ktoś nie chce siku. Przez kilka minut sama miałam sześć lat. I chyba dlatego LEGOLAND działa tak dobrze. Jednego dnia moje dziecko było konstruktorem, ninją, kierowcą, pasażerem rollercoastera i człowiekiem lecącym na kanapie. A ja nie tylko mu w tym towarzyszyłam. Czasami naprawdę bawiłam się razem z nim.

Cztery dni w Billund - czy to wystarczy?

Moim zdaniem tak. Billund świetnie nadaje się na przedłużony weekend z dzieckiem, pod warunkiem że nie potraktujemy go jak zawodów w zaliczaniu atrakcji.
Na LEGOLAND przeznaczyłabym cały dzień. LEGO House również dałabym dużo czasu, zamiast próbować połączyć oba miejsca. Lalandii absolutnie nie traktowałabym wyłącznie jako noclegu - sam Aquadome może pochłonąć pół dnia, a zostają przecież kręgle, trampoliny, Winter World i wszystkie momenty, kiedy dziecko chce zrobić coś "jeszcze tylko raz".

Przy pierwszych dzieciach pewnie próbowałabym realizować przygotowany wcześniej plan. Przy czwartym wiem, że jeśli sześciolatek po raz siódmy chce zjechać z tej samej zjeżdżalni, to być może właśnie to jest najlepszy plan na tę godzinę. Nie trzeba ciągnąć go do kolejnej atrakcji tylko dlatego, że ktoś napisał w przewodniku, że koniecznie trzeba ją zobaczyć.

A jeśli macie więcej czasu?

My podczas tego wyjazdu nie byliśmy w WOW PARKU, dlatego nie będę go opisywać tak, jakbym go przetestowała. Gdybym jednak planowała dłuższy pobyt, zdecydowanie brałabym go pod uwagę. To leśny park zabawy z ogromnymi siatkami rozpiętymi między drzewami, mostami, tyrolkami, jaskiniami, zjeżdżalniami i konstrukcjami w koronach drzew. Po kilku dniach świata LEGO taki dzień w lesie może być świetną zmianą rytmu. 

Drugą opcją jest GIVSKUD ZOO - ZOOTOPIA. To miejsce akurat znam z wcześniejszego wyjazdu z córkami, choć tym razem z Leonem tam nie pojechaliśmy. Łączy klasyczne zoo z safari, a dodatkowo ma park z ponad 50 naturalnej wielkości modelami dinozaurów.  Biorąc pod uwagę miłość Leona do dinozaurów, podejrzewam, że następnym razem decyzja o tym punkcie programu zostanie podjęta bez mojego udziału.

Co naprawdę przywiozłam z Billund?

Siedem lat temu chodziłam po Billund z trzema córkami. Dziś są dorosłe. Tym razem szłam tymi samymi ulicami z ich 6-letnim bratem. I chyba dlatego ten wyjazd tak mocno przypomniał mi, że dzieciństwo nie składa się wyłącznie z wielkich wydarzeń, które tak pieczołowicie dla dzieci organizujemy.
Leon zapewne zapamięta LEGOLAND, wodne zjeżdżalnie i dinozaury z LEGO. Być może będzie pamiętał, że latał na kanapie. Ja prawdopodobnie najmocniej zapamiętam coś znacznie mniej widowiskowego. To, jak stawał przed kolejną zjeżdżalnią i mówił, że się boi. Jak nie poganiałam go i nie przekonywałam, że nie ma czego. Jak po chwili sam decydował, że spróbuje. I tę twarz sekundę później, kiedy z ogromną dumą wołał: "Mamo, zrobiłem to!". Zapamiętam jego rękę szukającą mojej na kolejce. I to, że jeszcze jej potrzebuje.
Może właśnie dlatego Billund podobało mi się tym razem tak bardzo. Nie tylko dlatego, że ktoś stworzył tu fantastyczne atrakcje dla dzieci. Bardziej dlatego, że całe miasto daje rodzinie mnóstwo okazji, żeby naprawdę pobyć razem i wspólnie coś przeżyć. A przy czwartym dziecku wiem już, że tych momentów nie warto przyspieszać. Nawet jeśli kolejna atrakcja czeka tuż za rogiem.