Reklama

Wraca coś, co wielu z nas pamięta z dzieciństwa. Kempingi, domki z własną kuchnią, gotowanie na gazowej kuchence, konserwy, słoiki z domowym obiadem, składane krzesła i wieczory przy ognisku. Jedni nazywają to wakacjami w stylu PRL. Inni – po prostu rozsądnym odpoczynkiem.

Co ciekawe, nie zawsze chodzi wyłącznie o pieniądze. Owszem, koszty mają znaczenie. W ostatnich latach ceny noclegów, restauracji i zagranicznych wyjazdów mocno wzrosły. Ale wielu rodziców podkreśla, że odkryli coś, o czym wcześniej zapomnieli – że dzieci wcale nie potrzebują codziennych animacji i hotelowych atrakcji, żeby świetnie się bawić.

Kemping przeżywa drugą młodość

W Polsce wyraźnie rośnie zainteresowanie kempingami, polami namiotowymi i caravaningiem. Organizacje branżowe oraz właściciele kempingów od kilku sezonów zwracają uwagę, że wiele obiektów w szczycie lata rezerwowanych jest z dużym wyprzedzeniem. Dla rodzin to często sposób na wakacje znacznie tańsze niż pobyt w hotelu, ale też bardziej swobodne.

– Nasze bliźniaczki mają już 13 lat i praktycznie od małego jeździmy na kempingi. Mamy duży namiot, własną kuchenkę, składane meble i cały rytuał rozstawiania obozowiska. Dziewczyny zawsze śmieją się, że pierwszego dnia tata jest kierownikiem budowy. Dla nas to przygoda. Wieczorem gramy w karty, chodzimy na plażę, poznajemy ludzi. Nigdy nie zamieniłabym tego na hotel – opowiada Ewa.

Jak przyznaje, wielu znajomych dziwi się ich wyborowi.

– Słyszę czasem: „Naprawdę was stać tylko na namiot?”. A prawda jest taka, że moglibyśmy pojechać do hotelu. Tylko po prostu nie chcemy.

Domki z kuchnią zamiast all inclusive

Coraz popularniejsze są również rodzinne wyjazdy do domków letniskowych z aneksem kuchennym. Rodzice sami przygotowują śniadania i część obiadów, a do restauracji chodzą tylko od czasu do czasu.

– Przez wiele lat lataliśmy za granicę. Grecja, Chorwacja, Turcja. Było świetnie, ale rachunki po wakacjach też robiły wrażenie. W zeszłym roku pierwszy raz wynajęliśmy domek nad jeziorem z kuchnią. Sama gotowałam śniadania i większość obiadów. Policzyłam wszystko po powrocie i wyszło, że zaoszczędziliśmy około pięciu tysięcy złotych w porównaniu z wcześniejszymi wyjazdami. W tym roku robimy dokładnie to samo – mówi Katarzyna, mama 8-letniego Michała.

– Syn nawet nie zapytał, dlaczego nie lecimy samolotem. Był zachwycony, że codziennie łowił ryby, jeździł na rowerze i wieczorem piekł z nami kiełbaski. Myślę, że to ja bardziej potrzebowałam hotelu niż on.

Dzieci zapamiętują czas z rodzicami, nie standard hotelu

Psychologowie od dawna podkreślają, że dzieci znacznie lepiej zapamiętują wspólnie spędzony czas niż poziom luksusu. Liczy się poczucie bliskości, wspólne rytuały i doświadczenia.

– Co roku przygotowuję kilka słoików z leczo, sosem do makaronu i zupą pomidorową. Znajomi się śmieją, że zachowuję się jak moja mama w latach 90. Tylko że dzięki temu nie wydajemy codziennie kilkuset złotych w restauracjach. Za te pieniądze możemy zostać nad morzem dwa albo trzy dni dłużej. Dla dzieci to ma dużo większą wartość – opowiada Monika, mama 6- i 10-letnich dzieci.

Dodaje, że jej dzieci najbardziej wspominają... rzeczy, które nic nie kosztowały.

– Budowanie tamy z kamieni, łapanie kijanek, naleśniki smażone na kuchence turystycznej i spanie w śpiworach. Gdy pytam ich o najlepsze wakacje, nigdy nie mówią o hotelach.

Coraz więcej rodziców dochodzi więc do podobnego wniosku. Wakacje w stylu PRL nie są już symbolem oszczędzania z konieczności. Dla wielu rodzin stają się świadomym wyborem. Pozwalają zwolnić, spędzić więcej czasu razem i nie wracać z urlopu z poczuciem, że właśnie wydali równowartość kilku miesięcznych pensji.

Być może właśnie dlatego ten trend tak szybko zyskuje popularność. Bo przypomina, że najlepsze rodzinne wspomnienia rzadko rodzą się przy hotelowym bufecie. Znacznie częściej powstają przy składanym stoliku, kubku herbaty i wieczorze spędzonym pod gwiazdami.

Zobacz także:

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...