Jego żona woli kisić się w domu na kanapie niż wyjść z rodziną. „Od porodu strasznie się zapuściła. Co to za przykład dla córki”
Szkoda mi zmarnowanych weekendów i pięknej pogody, kiedy moglibyśmy razem budować super wspomnienia, a kończymy, gapiąc się w ściany, bo mojej żonie nie chce się ruszyć z miejsca.

Zawsze byłem facetem, który nie potrafi usiedzieć na miejscu − uwielbiam rower, spacery po lesie, góry i każdą formę ruchu na świeżym powietrzu. Kiedy brałem ślub z Anią, myślałem, że będziemy taką aktywną, zgraną paczką, która pokaże dziecku świat z dala od ekranów. Niestety, rzeczywistość po narodzinach małej brutalnie zweryfikowała moje marzenia. Moja żona woli kisić się w domu na kanapie z telefonem w ręku, niż wyjść z rodziną na zwykły, popołudniowy spacer.
Stoję w salonie, patrzę na ten nasz domowy marazm i pytam głośno: co to za przykład dla naszej rosnącej córki?
Od trzech lat słyszę tylko jedną wymówkę. Mam już dosyć tych samych tłumaczeń
Kiedyś Ania była zupełnie inną dziewczyną − biegała, dbała o siebie, lubiła weekendowe wypady za miasto. Rozumiem, że ciąża i pierwszy rok opieki nad niemowlakiem to dla kobiety morderczy wysiłek, ogromne zmęczenie i rewolucja w organizmie. Sam starałem się pomagać, ile mogłem − wstawałem w nocy, przewijałem, brałem małą na długie spacery w wózku, żeby żona mogła odpocząć i odespać. Ale minęły już trzy lata, Amelka chodzi do przedszkola, życie wróciło na normalne tory, a Ania dalej funkcjonuje w trybie wiecznego zmęczenia i kanapowego lenistwa.
Każda moja próba zorganizowania wolnego czasu kończy się tak samo. Proponuję wyjazd nad jezioro, rowery, wycieczkę do zoo albo chociaż wyjście na fajny, nowoczesny plac zabaw − w odpowiedzi słyszę tylko narzekanie, że ona nie ma siły, że boli ją kręgosłup, że jest brzydka pogoda albo że musi posprzątać. Ostatecznie Ania zostaje na kanapie z włączonym serialem, a ja sam pakuję małą i jedziemy gdzieś we dwójkę. Czuję wtedy ogromny żal, bo dookoła widzę inne, uśmiechnięte rodziny, które trzymają się za ręce i spędzają czas razem, a my żyjemy jak jakieś małżeństwo na papierze, gdzie każdy ma swój własny, osobny świat.
Nasza córka wszystko widzi. Boję się, że mała przejmie te najgorsze nawyki
Zastanawiam się, jak to zachowanie wpływa na naszą córeczkę. Dzieci są przecież jak gąbka, nie słuchają tego, co im mówimy, tylko bacznie obserwują, co robimy na co dzień. Jaki wzorzec zdrowego stylu życia i dbania o siebie dostaje Amelka, widząc mamę, która każdą wolną chwilę spędza pod kocem z chipsami i telefonem? Chciałbym, żeby moja córka była sprawna, kochała sport, miała energię i wiedziała, że wolny czas spędza się aktywnie, a nie na bezmyślnym przewijaniu społecznościówek.
Kiedy próbuję delikatnie porozmawiać z Anią o tym, że powinna coś zmienić dla własnego zdrowia i dla małej, ona natychmiast wpada w furię i zarzuca mi, że jej nie akceptuję, że oczekuję wyglądu modelki i że jestem bezdusznym facetem, który nie rozumie, ile kosztuje prowadzenie domu. To jest dla mnie zwykła wymówka i pójście na łatwiznę. Nie wymagam od niej figury z okładki magazynu, tylko elementarnej chęci do życia i ruchu. To wieczne narzekanie sprawia, że nasze małżeństwo powoli zamienia się w relację dwójki nudnych współlokatorów.
Powiedziałem jej prosto z mostu, co o tym myślę. W domu zapadła głucha cisza
Wczoraj po kolejnej odmowie wyjścia na wspólny spacer wybuchła u nas potężna kłótnia. Powiedziałem Ani prosto z mostu, że się zapuściła i robi krzywdę nam wszystkim swoim podejściem do życia. Mąż i żona powinni ciągnąć się w górę, motywować do zmian, a nie pozwalać sobie na totalny marazm. Moja żona popłakała się, zamknęła w sypialni i do teraz nie zamieniła ze mną ani jednego słowa, a ja siedzę w kuchni i zastanawiam się, czy to ja jestem jakimś potworem, czy to po prostu presja otoczenia wmówiła kobietom, że po porodzie mają pełne prawo do całkowitej rezygnacji z jakiejkolwiek dyscypliny i dbania o siebie.
Chciałem zapytać inne mamy i ojców: czy w Waszych związkach też pojawiały się takie rozbieżności w podejściu do aktywności fizycznej po narodzinach dzieci? Czy da się jakoś zmotywować partnera, który z własnej woli zamknął się w czterech ścianach, czy jedynym wyjściem jest zaakceptowanie faktu, że już zawsze będę spędzał weekendy samotnie z córką? Pomóżcie, bo tracę już siły do tej wiecznej walki o normalne, aktywne dzieciństwo dla mojego dziecka.
Pozdrawiam,
Grzesiek
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz też: „Mąż w domu palcem nie kiwnie, do dziecka ani razu nie wstał w nocy. To wina teściowej, bo tak go wychowała”