Piszę do Was w sobotnie popołudnie, siedząc w kuchni przy zimnej kawie, podczas gdy w pokoju obok trwa właśnie kolejna wojna o tablet. Za chwilę minie godzina piętnasta, a ja mam wrażenie, jakbym od piątkowego wieczoru przebiegła maraton, chociaż nawet nie wyszłam z domu. Chcę poruszyć temat, który dla wielu osób będzie absolutnym tabu, ale jestem już tak potwornie zmęczona, że muszę to z siebie wyrzucić. Czy szkoły nie powinny być otwarte również w soboty, chociażby na kilka godzin zajęć opiekuńczych?

WIDEO…

player placeholder

Moje dzieci od rana potwornie nudzą się w domu, snują się z kąta w kąt, a ja i mąż po całym tygodniu ciężkiej pracy fizycznej i psychicznej po prostu marzymy o odrobinie świętego spokoju i wytchnienia.

Wiem, co zaraz usłyszę od idealnych matek z internetowych grup, że po co rodziłam dzieci, skoro w weekend chcę się ich pozbyć z domu. Łatwo się ocenia kogoś z boku, ale rzeczywistość większości normalnych, pracujących rodzin na etacie wygląda dzisiaj tak, że od poniedziałku do piątku żyjemy w permanentnym biegu. Kiedy w końcu przychodzi upragniony weekend, zamiast odpoczynku zaczyna się kolejny etat w domu, czyli sprzątanie, gotowanie nadrabianie zaległości i bezustanne wysłuchiwanie narzekań, że nie ma co robić.

Zobacz także:

Sobotni poranek wcale nie kojarzy mi się z odpoczynkiem

Kiedy byłam bezdzietna, weekendy były dla mnie świętością, czasem na regenerację, dłuuugie spanie i czytanie książek. Dzisiaj sobota to dla mnie najtrudniejszy dzień w tygodniu, który zaczyna się z reguły przed szóstą rano, bo dzieci i tak budzą się jak z zegarkiem w ręku. Od samego rana słyszę tylko jedno wielkie pasmo roszczeń, kłótni o zabawki i jęków, że im się nudzi, bo przecież pogoda za oknem nie zawsze pozwala na kilkugodzinny spacer. Człowiek staje na rzęsach, wymyśla gry planszowe, wycinanki, wspólne pieczenie ciasteczek, a to wszystko starcza na maksymalnie piętnaście minut zainteresowania, po czym znowu zaczyna się marudzenie.

Mąż wraca z pracy w piątek wieczorem tak wykończony, że zasypia na siedząco, a ja, zamiast zregenerować siły przed kolejnym trudnym tygodniem w biurze, od rana pracuję jako pełnoetatowy animator rozwydrzonych dzieciaków. Uważam, że gdyby szkoły podstawowe organizowały w soboty chociaż trzy lub cztery godziny zajęć świetlicowych, kółek zainteresowań albo zajęć sportowych na sali, uratowałoby to zdrowie psychiczne tysięcy polskich rodziców. Dzieci miałyby zorganizowany czas z rówieśnikami, nie siedziałyby przed ekranami telewizorów, a my z mężem zyskalibyśmy to mityczne wytchnienie, o którym wszyscy tylko mówią, a którego nikt z nas nie ma.

Współczesne dzieci nie potrafią już zająć się same sobą

Rozmawiam często z koleżankami z pracy, które mają dzieci w podobnym wieku i każda z nich, choćby nie wiem jak bardzo kochała swoje maluchy, w niedzielę wieczorem oddycha z ulgą, że jutro poniedziałek. Nasze dzieci zupełnie zatraciły umiejętność samodzielnej zabawy, nie potrafią spędzić pół godziny we własnym pokoju bez asysty dorosłego albo bez włączonej bajki. Kiedy odcinam im dostęp do elektroniki, w domu wybucha gigantyczna awantura, a ja nie mam już siły na wieczne negocjacje i wysłuchiwanie krzyków. Sobota w szkole nie musiałaby oznaczać przecież klasycznych, nudnych lekcji i pisania w zeszytach, bo nikt nie chce dokładać dzieciom obowiązków.

To mógłby być czas na basen, dodatkowy angielski w formie zabawy albo po prostu swobodne bieganie po boisku pod okiem dyżurującego nauczyciela, za co chętnie bym dopłaciła. Szkoła ma przecież infrastrukturę, wielkie sale gimnastyczne, boiska i świetlice, które przez dwa dni w tygodniu stoją całkowicie puste i marnują swój potencjał. My natomiast gnieździmy się w mieszkaniach, skacząc sobie do gardeł z nadmiaru złych emocji i frustracji, która narasta w nas od samego rana.

Wolny weekend dla rodziny staje się powoli fikcją

Wszyscy powtarzają jak mantrę, że weekend to czas dla rodziny, ale umówmy się, ile z tego czasu to faktycznie wartościowe budowanie więzi, a ile to zwykłe uciszanie dzieci i sprzątanie bałaganu? Rodzice potrzebują resetu, potrzebują wyjść do kina, zrobić zakupy bez marudzenia przy kasie albo po prostu poleżeć godzinę w ciszy na kanapie, żeby w poniedziałek nie wejść do pracy jako emocjonalne wraki. Jeśli nie zaczniemy głośno mówić o tym, że opieka nad dziećmi przez siedem dni w tygodniu bez żadnej przerwy wykańcza dorosłych, to niedługo połowa matek w tym kraju wyląduje w psychiatryku.

Piszę ten list, bo jestem ciekawa, czy tylko ja mam takie rewolucyjne i dla wielu pewnie straszne myśli, czy może inne mamy też po cichu marzą o sobocie w szkole. Nie bójmy się przyznać do tego, że jesteśmy ludźmi, że mamy prawo być zmęczeni i że instytucje państwowe powinny realnie wspierać pracujących rodziców, a nie tylko wymagać od nas bycia idealnymi na każdym kroku. Co myślicie o takim pomyśle? Czy sobotnie dyżury w szkołach podstawowych to rzeczywiście taka wielka przesada, czy może jedyny ratunek dla naszego pokolenia?

Pozdrawiam,
Zwyczajna, zmęczona mama


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: Jej córka siedziała głodna, gdy znajoma karmiła kolacją własne dzieci. „Powiedziała, że ma wyliczone kanapki i dla mojej nie starczy”