Dzień dobry, piszę do Was w stanie absolutnego wzburzenia, bo przed chwilą wyciszyłam powiadomienia na klasowej grupie w telefonie, gdzie od rana trwa burzliwa dyskusja o nadchodzącym Dniu Nauczyciela. Zbliża się czternasty października, a to dla nas, rodziców, oznacza kolejny festiwal absurdalnych żądań, składek i presji, która z roku na rok staje się coraz bardziej nieznośna.
WIDEO…
Właśnie przeczytałam na komunikatorze oficjalny komunikat trójki klasowej, że rodzice z naszej grupy są zobowiązani do upieczenia trzech domowych ciast na uroczysty poczęstunek w pokoju nauczycielskim. Kiedy odpisałam, że pracuję po godzinach i nie mam czasu na pieczenie, usłyszałam, że w takim razie mam kupić coś w cukierni, bo przecież wypada podziękować kadrze pedagogicznej. Może jeszcze mam dorzucić matematyczce napiwek za to, że łaskawie uczy moje dziecko, albo opłacić jej luksusowe wakacje za to, że wykonuje swoje codzienne obowiązki zawodowe, za które przecież co miesiąc otrzymuje pensję?
Klasowa grupa w telefonie znowu zapłonęła od absurdalnych pomysłów
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że ta przedziwna presja nie wychodzi wprost od dyrekcji, ale od samych rodziców, którzy próbują się nawzajem licytować na to, kto bardziej dopieści grono pedagogiczne. Gdy tylko zbliża się połowa października, na grupie zaczyna się festiwal pomysłów na prezenty: od luksusowych koszy delikatesowych, przez bony do SPA, aż po te nieszczęsne domowe wypieki na specjalne zamówienie. Kiedy człowiek próbuje głośno powiedzieć, że składka w wysokości pięćdziesięciu złotych od dziecka to gruba przesada, natychmiast zostaje okrzyknięty sknerą i wyrodnym rodzicem, który żałuje grosza na edukację własnego syna. Nikogo nie obchodzi, że wiele rodzin ledwo wiąże koniec z końcem po gigantycznych wydatkach na wrześniową wyprawkę, podręczniki, buty na WF i ubezpieczenia szkolne.
Teraz, zamiast spędzić wolny weekend z dziećmi albo po prostu odpocząć po ciężkim tygodniu, mam stać przy garach i piec serniki dla ludzi, którzy za swoją pracę dostają normalne wynagrodzenie. Czy my w korporacjach, urzędach, sklepach albo szpitalach dostajemy od naszych klientów i pacjentów domowe torty i drogie prezenty z okazji dnia naszego zawodu? Każdy z nas wykonuje swoje obowiązki najlepiej, jak potrafi i nikt nie oczekuje, że obcy ludzie będą nas za to dodatkowo karmić i finansować nam luksusowe upominki.
Nauczyciele sami mają już dość tych wszystkich zbędnych prezentów
Rozmawiałam niedawno ze swoją siostrą, która od lat uczy biologii w sąsiednim mieście, i ona sama otwarcie przyznaje, że ten cały festiwal prezentowy wokół czternastego października wywołuje u niej ogromne poczucie żenady. Nauczyciele wcale nie chcą tych wszystkich kurzących się na półkach filiżanek, świeczek zapachowych, kolejnych bukietów więdnących po dwóch dniach w słoiku ani tym bardziej ciast od obcych osób. Wielu pedagogów czuje się po prostu niezręcznie, przyjmując te wymuszone dary od komitetów rodzicielskich, ale machina szkolnej tradycji toczy się dalej, bo nikt nie ma odwagi głośno powiedzieć „stop”.
Robimy z tego święta jakiś dziwny, odpustowy jarmark, zamiast po prostu nauczyć dzieci szczerego, prostego słowa „dziękuję” i wręczenia jednej, wspólnie przygotowanej laurki na lekcji wychowawczej. To właśnie taki skromny, odręczny gest od serca ma dla prawdziwego nauczyciela największą wartość, a nie drogie prezenty kupowane za pieniądze wyciągnięte od rodziców. Przerzucanie na nas obowiązku organizowania cateringu do pokoju nauczycielskiego to już jednak zupełnie nowy poziom bezczelności, na który nie zamierzam się potulnie godzić.
Czas skończyć z tą chorą presją i zacząć stawiać jasne granice
Piszę ten list, bo wiem, że w tym tygodniu tysiące matek w całej Polsce przeżywa dokładnie ten sam logistyczny i finansowy horror. Chcę Wam powiedzieć, żebyście nie dawały się terroryzować trójkom klasowym, i miały w sobie odwagę do głośnego odmawiania udziału w tych wszystkich absurdalnych akcjach. Jeśli nie zaczniemy głośno mówić o tym, jak bardzo te składki i wymagania obciążają nasze domowe budżety oraz wolny czas, to z każdym rokiem te żądania będą coraz bardziej kosmiczne i oderwane od realiów.
Ja w tym roku oficjalnie wyłamałam się z systemu: nie zamierzam piec żadnego ciasta, nie dopłacę ani grosza do cukierni i nie dołożę się do kolejnego vouchera na masaż dla wychowawczyni. Mój syn zaniesie do szkoły ładną, czystą kartkę z samodzielnie napisanymi życzeniami i to w zupełności wystarczy, by okazać szacunek za codzienny trud włożony w jego naukę.
Ciekawa jestem, czy w Waszych szkołach też spotykacie się z taką niesamowitą presją na pieczenie i składki, czy może tam dyrekcja potrafiła zachować zdrowy rozsądek i ukrócić te przedziwne praktyki.
Pozdrawiam serdecznie,
Wiola, mama z Wielkopolski
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz też: Rodzice żądają otwarcia szkół w soboty. „Dzieci nudzą się w domach, a dorośli potrzebują wytchnienia”