„Mamo, a czy u nas będzie wojna?” – zapytałam mamę w jeden z pięknych, spokojnych dni w latach 90. Byłam bardzo wrażliwym dzieckiem wychowywanym wśród pokolenia, które pamiętało II wojnę światową. U mnie w domu otwarcie się o tym rozmawiało, słyszałam, jak dziadek opowiadał o traumatycznych scenach, których był świadkiem, a babcia wspominała łunę unoszącą się nad Warszawą podczas powstania, bo wtedy mieszkała w Garwolinie położonym kilkadziesiąt kilometrów od stolicy. Oprócz tego pochodzę z Lublina i niemal codziennie mijałam dawny obóz koncentracyjny na Majdanku, zastanawiając się, co tam dokładnie się działo i wypytując o to rodziców. W telewizji lecieli „Czterej pancerni i pies” i inne produkcje odnoszące się w jakiś sposób do tej traumatycznej historii w dziejach Polski. 

WIDEO…

player placeholder

Nic więc dziwnego, że zadawałam pytania. Mama wtedy ze mną siadała, uspokajała mnie, mówiła o sojuszach, w których dziś jest Polska, a w których nie była w ’39 roku. I obie mocno wierzyłyśmy w to, że historia nigdy się nie powtórzy. Wiem, że dziś te pytania zadawałabym znów, ale uświadomiłam sobie, że mama już nie byłaby w stanie z takim spokojem na nie odpowiedzieć. I z takim problemem mierzy się wiele mam na Lubelszczyźnie i Podkarpaciu. 

„Mamo, a czy u nas będzie wojna?”

„Mamo, a czy u nas będzie wojna?” – usłyszała Monika w 2022 roku, gdy wybuchł konflikt zbrojny w Ukrainie. Gdy powiedziała mi o tym pytaniu, zupełnie mnie to nie zaskoczyło. „I co jej odpowiedziałaś? Przecież nie jesteś w stanie jej tego zagwarantować” – mówiłam wówczas i Monika przytaknęła. Starała się odpowiadać na pytania, nie kłamać, ale wyjaśniać. Dziś jednak sytuacja jest jeszcze trudniejsza, bo ostatnio na Lubelszczyźnie i Podkarpaciu alarmy były codziennością. Pewnego dnia doszło także do ewakuacji w szkołach. 

Zobacz także:

- Ala odczuła duży stres w związku z wyciem syren. Po komunikacie, że mają usiąść z dala od okien, zaczęła płakać i miała atak paniki. Martwiła się, że my mówiliśmy o unikaniu okien, a oni byli w miejscu z oknami. Pani musiała ją uspokajać – tłumaczy Monika. – Tego dnia, po ewakuacji, nie chciała nawet na moment zostać sama. Jak mąż wychodził do łazienki, a mnie nie było w domu, siadała pod drzwiami. 

Alerty RCB przychodzą w nocy i w dzień. Przychodzą, gdy dzieci są w szkole – bez rodziców. To był pierwszy raz, gdy Ala dostała ataku paniki. Była w szkole, na lekcji, ze swoimi koleżankami z klasy, gdy nagle w mieście rozbrzmiały syreny, a na telefony komórkowe przyszły alerty. Nauczyciele zadbali o bezpieczeństwo dzieci, przeprowadzili ewakuację według określonej procedury. Ale to nie zmieniło faktu, że dzieci były przerażone. 

- W przedszkolu, gdzie była moja siostrzenica, dzieci siedziały przy ścianach, było przerażenie, płacz. Nauczyciele robili wszystko, żeby dzieci uspokoić – tłumaczy pani Basia z Lubelszczyzny. 

Alarmy stały się codziennością mieszkańców Lubelszczyzny i Podkarpacia. A dzieci szczególnie to odczuwają. Zostanie samemu w swoim pokoju już nie wchodzi w grę. Spanie bez rodziców? Nie ma takiej opcji. Rodzice dostosowują też cały plan dnia, żeby w razie czego, podczas kolejnego alarmu, móc pojechać po pociechy do szkoły czy na zajęcia pozalekcyjne. Takich dzieci jak Ala jest znacznie więcej. 

- Wiadomości docierają z każdej strony – z internetu, z telewizji. Dzieci rozmawiają między sobą. My odpowiadamy na pytania, ale to bardzo trudne. Mój mąż odpalił mapę i pokazał Ali, jak duża jest Ukraina. Że te alarmy mają nas chronić. Opowiedział też o NATO. Ale obawiamy się tego, że wydarzy się coś, kiedy nie będzie nas obok. Staram się rozmawiać z kompetentnymi ludźmi, unikam fake newsów, bo temat nieznany budzi najwięcej emocji – podkreśla Monika. 

Rodzic jest największym gwarantem bezpieczeństwa dla swojego dziecka. To właśnie do niego idzie młody człowiek, który nie jest czegoś pewien, który próbuje zrozumieć świat, nauczyć się żyć w rzeczywistości, jaka jest. Ale rodzice dziś też są w kropce, bo z jednej strony starają się myśleć racjonalnie, nie wpadać w panikę, ale też obawiają się o to, co będzie. 

„Zamieńmy niepokój w działanie”

Żyjemy w niespokojnych czasach, w których musimy nauczyć się funkcjonować. My, dorośli, możemy czytać wiarygodne artykuły, przesiewać informacje, racjonalizować sobie sytuację, żeby w jakiś sposób się uspokoić. Wiemy przecież doskonale, że to właśnie o strach w tym wszystkim chodzi i nie można wpadać w panikę, jednocześnie zachowując czujność, dbając o bezpieczeństwo swoje i osób w naszym najbliższym otoczeniu – w tym dzieci. Bo one też potrzebują tego zapewnienia, rozmowy.

I tu pojawia się pytanie, jak z nimi rozmawiać, nie rzucając pustych gwarancji, których nie jesteśmy w stanie dać, a jednocześnie starając się je uspokoić na tyle, na ile jest to możliwe. Zapytałam o to psycholożkę dziecięcą Natalię Żółkowską-Karasińską.

Katarzyna Racławska: Czy należy ograniczać dziecku dostęp do informacji czy lepiej otwarcie rozmawiać z nim o zaistniałej sytuacji?

Natalia Żółkowska-Karasińska: Lepiej rozmawiać, ale dawkować informacje. Dziecko i tak coś usłyszy: od kolegów, z telefonu, z urywków rozmów dorosłych. Jeśli nikt mu tego nie wyjaśni, luki wypełni wyobraźnią, a ta bywa dużo straszniejsza od rzeczywistości. Milczenie rodzica dziecko często odczytuje jako sygnał, że sprawa jest tak poważna, że nawet dorosły nie umie o niej mówić. Ograniczać warto natomiast kontakt z przekazem medialnym. Nie włączajmy serwisów informacyjnych „w tle”, nie pokazujmy drastycznych nagrań i zdjęć zniszczeń. W przypadku starszych dzieci warto wiedzieć, co oglądają w mediach społecznościowych, i zaproponować, żeby z pytaniami przychodziły do nas, a nie szukały odpowiedzi w sieci. Zasada jest prosta: o wojnie rozmawiamy, ale obrazów wojny razem nie oglądamy.

KR: Jak opowiedzieć dziecku, co się dzieje, żeby nie wywołać w nim automatycznie paniki i katastroficznych myśli?

Zacznijmy od pytania, a nie od wykładu: „Słyszałeś coś o tym w szkole? Co ci powiedzieli koledzy?”. Dzięki temu dowiemy się, co dziecko już wie, i będziemy odpowiadać na jego pytania, a nie na własne lęki. Często okazuje się, że wystarczy dużo mniej informacji, niż planowaliśmy przekazać. 

Mówmy krótko i językiem dopasowanym do wieku. Przedszkolakowi wystarczą jedno, dwa zdania. Nastolatek zniesie więcej faktów i zasługuje na poważną rozmowę. Zawsze mówmy prawdę, ale bez zbędnych szczegółów. Na przykład: „W Ukrainie trwa wojna. W Polsce jej nie ma, ale nasze państwo bardzo uważnie pilnuje granic i nieba. Dlatego czasem latają samoloty wojskowe albo przychodzą wiadomości na telefon”. Pokazujmy, kto czuwa: żołnierze, strażacy, policjanci, nauczyciele, rodzice. Dziecko uspokaja się, kiedy wie, że dorośli mają plan. 

Nazywajmy też i przyjmujmy jego emocje: „To normalne, że się boisz. Ja też czasem się martwię i wtedy rozmawiam z kimś bliskim”. Nie mówmy „nie bój się” ani „nie ma o czym mówić”, bo to zamyka rozmowę. Najważniejszy jest jednak nasz własny ton. Dziecko bardziej niż słowa odczytuje nasze napięcie, głos i twarz. Ogromne znaczenie ma też codzienna rutyna: szkoła, zajęcia dodatkowe, wspólne posiłki, stałe pory snu. Przewidywalność dnia to najlepszy naturalny środek przeciwlękowy.

KR: Co powiedzieć dziecku, kiedy pyta: „czy wojna będzie u nas”?

To pytanie bardzo często pada, a rodzice boją się go najbardziej. Nie obiecujmy, że „na pewno nie”, bo jeśli rzeczywistość nas zaskoczy, stracimy wiarygodność w oczach dziecka. Nie zostawiajmy go też z samym „nie wiem”. Można odpowiedzieć tak: „Teraz w Polsce nie ma wojny. Jesteśmy w NATO, czyli w drużynie wielu krajów, które obiecują sobie nawzajem pomoc i obronę. Bardzo dużo ludzi pracuje codziennie, żeby u nas było bezpiecznie. Gdyby coś się zmieniło, ja się o tym dowiem i powiem ci, co robimy. Mamy plan i będziemy razem”.

Na koniec warto dopytać: „A co Cię najbardziej martwi?”. Za ogólnym pytaniem o wojnę często kryje się bardzo konkretny lęk: czy mama będzie przy mnie, co stanie się z psem, czy będzie trzeba zostawić dom. Na takie pytania można już odpowiedzieć rzeczowo i spokojnie.

KR: Jak przygotować dziecko do nagłego alarmu?

Najpierw wyjaśnijmy, jak brzmi alarm - w spokojnym momencie, a nie w nerwach. Ogłoszenie alarmu to modulowany dźwięk syreny trwający 3 minuty, raz wyższy, raz niższy. Odwołanie alarmu to ciągły dźwięk, również przez 3 minuty. Do tego dochodzą alerty RCB, czyli SMS-y z głośnym sygnałem. Warto razem odsłuchać nagranie syreny, żeby prawdziwy dźwięk nie był dla dziecka zaskoczeniem. Tłumaczmy, że alarm to informacja „zrób to, co ćwiczyliśmy”, a nie znak, że już dzieje się coś strasznego. Dobrym przykładem jest alert z 5 października na Lubelszczyźnie: przyszła wiadomość, ludzie zachowali się zgodnie z zaleceniami, a po pół godzinie zagrożenie odwołano. 

Dajmy dziecku prosty plan w trzech krokach, który łatwo zapamiętać:

1.    Zatrzymaj się i weź głęboki oddech.
2.    Idź w umówione bezpieczne miejsce.
3.    Słuchaj dorosłych, a jeśli ich nie ma, zadzwoń do rodzica.

KR: Jak przygotować dziecko na ewakuację, gdy sami nie będziemy w jego pobliżu – gdy np. dojdzie do ewakuacji w szkole?

Placówki mają procedury ewakuacji i regularnie je ćwiczą. Zapytajmy wychowawcę, jak wygląda procedura i dokąd klasa się udaje w takiej sytuacji. Kiedy dziecko wie, co zrobi Pani, czuje się znacznie bezpieczniej. Przekażmy dziecku jasny komunikat: „W szkole najważniejsza jest Twoja Pani. Rób dokładnie to, co mówi, trzymaj się klasy, nie wracaj po rzeczy i nie wychodź samo ze szkoły, żeby mnie szukać. Ja wiem, gdzie jesteś i po ciebie przyjdę”. 

Ustalmy też, że w trakcie samej ewakuacji nie dzwonimy do siebie. Kontakt następuje później, bezpośrednio albo przez szkołę. Każde dziecko powinno znać na pamięć swoje imię i nazwisko, adres oraz numer telefonu rodzica. Młodszemu warto włożyć do tornistra kartkę z danymi kontaktowymi i informacją o lekach czy alergiach. Wyznaczmy też osobę zapasową, na przykład babcię albo sąsiadkę, która może odebrać dziecko, i upewnijmy się, że szkoła ma jej dane oraz nasze upoważnienie.

KR: Czy warto przećwiczyć z dzieckiem różne możliwe warianty sytuacji? Co ma zrobić, kiedy będzie samo w domu i usłyszy alarm? Czy spakować z nim plecak ewakuacyjny? Czy to może je uspokoić, czy tylko pogłębi panikę?

Warto, jeśli zrobimy to jako przygotowanie tak jak nauka np. telefonów alarmowych, a nie odgrywanie katastrofy. Poczucie sprawczości, czyli „wiem, co mam zrobić”, zmniejsza lęk. Bezradność go nasila. Ćwiczmy krótko, spokojnym tonem, tak jak uczymy zachowania podczas np. pożaru. Nie róbmy tego codziennie ani wieczorem przed snem.

Jeśli dziecko zostanie samo w domu i usłyszy alarm, powinno wiedzieć, że:

•    zostaje w domu i nie wychodzi na ulicę,
•    idzie do pomieszczenia bez okien albo z dala od okien, na przykład do łazienki, na korytarz lub do piwnicy, jeśli tak wcześniej ustaliliśmy,
•    bierze telefon i dzwoni do rodzica, a jeśli ten nie odbiera, do osoby zapasowej,
•    w razie zagrożenia życia dzwoni pod numer 112,
•    nie otwiera drzwi obcym i słucha komunikatów RCB lub radia.

Taki plan warto spisać i powiesić na lodówce tak jak inne numery alarmowe w sytuacji kryzysowej. W stresie trudno coś sobie przypomnieć, ale łatwo przeczytać.

Plecak ewakuacyjny również pakujmy razem z dzieckiem. Rodzinny plecak przygotowujemy zgodnie z zaleceniami MSWiA i RCB: woda, dokumenty, leki, latarka, powerbank, gotówka. Obok niego dziecko może mieć własny mały plecaczek: ulubioną przytulankę, książkę lub grę, przekąskę, kartkę z kontaktami i zdjęcie rodziny. Dziecko, które samo wybiera, co zabrać, czuje, że ma na coś wpływ, a to uspokaja.

Obserwujmy jednak reakcje. Koszmary senne, ciągłe wracanie do tematu, bóle brzucha, niechęć do szkoły czy powrót do zachowań z młodszego wieku to sygnał, że trzeba zwolnić z przygotowaniami i porozmawiać ze specjalistą.

KR: Jak na początku samemu poradzić sobie z zaistniałą sytuacją, zanim zajmiemy się rozmowami z dzieckiem?

Obowiązuje tu ta sama zasada co w samolocie: najpierw maska tlenowa dla siebie, potem dla dziecka. Dzieci regulują swoje emocje przez emocje dorosłych. Spokojny rodzic jest dla nich najważniejszym źródłem poczucia bezpieczeństwa, ważniejszym niż najlepiej dobrane słowa.

Ograniczmy własne przeglądanie wiadomości. Sprawdzajmy je raz lub dwa razy dziennie, jeżeli coś Cię niepokoi, w sprawdzonych źródłach, takich jak komunikaty RCB i strony rządowe, a nie w plotkach krążących w mediach społecznościowych. Niekontrolowane scrollowanie podsyca lęk, a nie daje wiedzy. 

Zamieńmy niepokój w działanie: przygotujmy plecak ewakuacyjny, zapasy, plan kontaktu i kartę z numerami telefonów. Konkretne kroki obniżają napięcie także u dorosłych. 

O własnych obawach rozmawiajmy z innymi dorosłymi: partnerem, przyjaciółką, terapeutą. Nie przy dzieciach, nawet jeśli wydaje się, że bawią się obok i nie słuchają. 

Dbajmy o podstawy: sen, ruch, regularne posiłki. W chwilach napięcia pomaga proste ćwiczenie oddechowe, na przykład wdech na cztery i wydech na sześć. A jeśli lęk zaczyna nas paraliżować, pojawia się bezsenność, ataki paniki albo ciągłe katastroficzne myśli, sięgnijmy po pomoc psychoterapeuty czy psychologa. To nie oznaka słabości, tylko odpowiedzialności, także wobec dziecka.


* Na prośbę bohaterek imiona zostały zmienione.


Natalia Żółkowska-Karasińska - psycholożka dziecięca, psychoterapeutka dzieci i młodzieży w nurcie psychodynamicznym. Ukończyła staż kliniczny w Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie, dodatkowo ukończyła studia podyplomowe z interwencji kryzysowej na Uniwersytecie SWPS. Założycielka Centrum Terapii Dzieci, Młodzieży i Dorosłych "Jesteś Okey" na Warszawskim Żoliborzu. Na co dzień wspiera dzieci od 4. roku życia oraz młodzież z trudnościami rozwojowymi, emocjonalnymi i społecznymi. Działa również z rodzinami w momentach kryzysowych — podczas rozwodów, choroby w rodzinie, straty kogoś bliskiego. Bliska jest jej praca systemowa – towarzyszy rodzinom w budowaniu nowej jakości relacji z dzieckiem, z uwzględnieniem jego indywidualnych potrzeb.