Narzeka na sąsiadów, bo mają za dużo dzieci. „Buty w odchodach, wózek na klatce, nie możemy spać po nocach”
Mieszkanie w bloku wielorodzinnym to nieustanny sprawdzian z tolerancji, kompromisów i wzajemnego szacunku dla przestrzeni, którą dzielimy z obcymi ludźmi. Co jednak robić, jeśli styl życia jednych lokatorów kompletnie demoluje spokój wszystkich innych? Czy sąsiedzi mają prawo ingerować w życie rodziny oraz sposób, w jaki wychowują dzieci?

Widziałam już setki kłótni o szczekające psy, głośną muzykę czy remonty o poranku, ale ostatni wpis na facebookowej grupie „Mamy mamom” wywołał we mnie lawinę skrajnych emocji. Autorka postu, która sama nie ma dzieci i nie planuje macierzyństwa, opisała swoją codzienność w bloku, która od dłuższego czasu przypomina prawdziwe domowe piekło. Wszystko przez rodzinę z dwupokojowego mieszkania, która ma już sześcioro dzieci, a siódme jest właśnie w drodze.
Kobieta narzeka na sąsiadów, bo jej zdaniem ewidentnie nie radzą sobie z wychowaniem. „Buty w odchodach, wózek na klatce, nie możemy spać po nocach” − wylicza załamana lokatorka, a pod jej wpisem internautki podzieliły się na dwa przeciwne obozy.
Brud, hałas i zablokowane przejścia. Tak wygląda codzienność z siedmiorgiem dzieci za ścianą?
Opisana w internecie historia poraża poziomem chaosu, jaki wkradł się na klatkę schodową tego spokojnego do niedawna bloku. Autorka wpisu zaznacza, że mieszkania w ich budynku były projektowane z myślą o maksymalnie dwóch lub trzech osobach, tymczasem właśnie taki skromny metraż jest zajmowany przez wciąż rozrastającą się rodzinę. Brak pieniędzy, czasu i jakiejkolwiek kontroli ze strony rodziców widać na każdym kroku − twierdzi sąsiadka. Starsze dzieci rozrywają ulotki, rzucają papierki, a jedno z nich zdążyło już opluć starszą panią i kopnąć psa autorki podczas powrotu ze spaceru.
Największe kłótnie i spięcia wywołuje jednak notoryczne zagracanie wspólnej przestrzeni. Ciężki wózek regularnie porzucany jest na samym środku klatki, blokując drzwi innych lokatorów. Na skrzynkach pocztowych lądują zabawki i piłki, z których jedna spadła niedawno na starszą panią, zrzucając jej okulary. Czarę goryczy przelał poranek, gdy na korytarzu wylądowały buty i chusteczki ubrudzone odchodami, których nikt z rodziny nie raczył posprzątać przez pół dnia. Ktoś z mieszkańców nie wytrzymał i wrzucił te brudne rzeczy prosto do porzuconego wózka. Sąsiedzi są wykończeni psychicznie − studenci uciekają z domu, by móc się uczyć w ciszy, a starsi ludzie płaczą, że przez wieczny raban nie pamiętają, czym jest przespana noc.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby Facebook i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
Wojna w komentarzach na Facebooku. Od MOPS-u po wspólne pieczenie ciasteczek
Reakcja komentujących kobiet była natychmiastowa i niezwykle ostra, odsłaniając dwie skrajne postawy wobec problemu wielodzietności w małych przestrzeniach. Pierwsza grupa internautek natychmiast stanęła po stronie udręczonych sąsiadów, wskazując, że posiadanie dużej liczby potomstwa nie zwalnia nikogo z obowiązku zachowania elementarnej kultury. Jedna z mam napisała bardzo przytomnie, stawiając sprawę na ostrzu noża:
„Proponuję chwilę pomyśleć, co ja bym zrobiła, gdyby obok mnie ktoś też tak śmiecił, brudził i darł się za ścianą. Wiadomo, że im więcej ludzi w mieszkaniu, tym głośniej, ale wiadomo również, że rodzice muszą ogarniać ten hałas, pilnować, żeby nie był wieczorami czy wczesnym rankiem. W swoim domu mogą mieć, jak chcą albo lubią, ale na klatce czy miejscu, które jest wspólne, trzeba zachować porządek, koniec, kropka. Nie rozumiem tekstu w stylu: jest ich dużo, to nie dają rady pilnować...
Mamy XXI wiek, są różne metody antykoncepcji, niekoniecznie drogie, trzeba tylko używać mózgu. Jak nie ogarniam przy czwórce dzieci, to raczej nie planuję piątego. Sąsiad też wykupił to mieszkanie albo płaci za wynajem i czynsz, ma prawo mieć spokój. Ale wracając do tematu, ja bym próbowała porozmawiać na początku z jakimś świadkiem, potem niestety MOPS”.
Zupełnie inny, zaskakujący i dla wielu kontrowersyjny punkt widzenia zaprezentowały zwolenniczki bezwarunkowej pomocy i solidarności społecznej. Ich zdaniem sąsiedzi, zamiast pisać skargi, powinni... zaangażować się w życie tej rodziny: „A może zaproponować pomoc? Zapraszać dzieci do siebie, zorganizować im zabawę? Wspólne pieczenie ciasteczek, wyjście na spacer? Jeśli rodzina nie jest patologiczna, to tak właśnie jest w rodzinie wielodzietnej. Nieraz głośno, nieraz bałagan. To zwyczajne życie. Nie skarży się Pani na nocne awantury, na wyzwiska”.
Ta porada wywołała jednak falę ironicznych uśmieszków ze strony innych użytkowniczek, które uznały robienie z sąsiadów darmowych niań za grubą przesadę.
Kiedy kończy się tolerancja, a zaczyna niewydolność wychowawcza rodziców?
Większość komentujących matek słusznie zauważyła, że w tym przypadku problemem nie jest sam fakt posiadania dużej liczby dzieci, ale wyraźna bezradność i niewydolność wychowawcza dorosłych, którzy sprowadzają na świat kolejne noworodki, nie mając na to warunków ani sił.
Kolejna internautka podzieliła się mądrą i wyważoną opinią: „Ja bym zgłosiła to do MOPS-u. Już nie chodzi o zachowanie dzieci, te kupy itp., a o to, że najprawdopodobniej rodzice są niewydolni wychowawczo. Myślę, że ta gromadka dzieci ich przerasta. Potrzebują asystenta rodziny, żeby sprawował nad nimi pieczę i pomagał. Nie wiadomo, czy dzieci są planowane, czy może wpadki... Też ważne byłoby uświadomić rodziców o dobrym zabezpieczeniu, bo jednak siedmioro dzieci to duża odpowiedzialność, a sprowadzanie kolejnych na świat jest już nieodpowiedzialne, skoro mają ciężką sytuację rodzinną. Albo porozmawiać z matką, czy nie potrzebuje pomocy itp. U mojej mamy w bloku, w trzech pokojach mieszkało dwanaścioro dzieci i te 30 lat temu było ciężej wychować takie dzieci, szczególnie finansowo, ale rodzina naprawdę super dawała sobie radę”.
Uważam, że ta historia dotyka niezwykle ważnego tematu społecznego − prawa do spokoju we własnym domu. Oczywiście, dzieci mają prawo do płaczu i zabawy, ale dom to nie jest bezludna wyspa, a klatka schodowa to przestrzeń wspólna, o którą każdy lokator musi dbać z taką samą troską. Zwalanie odpowiedzialności na sąsiadów, ignorowanie brudnych butów na korytarzu czy puszczanie czteroletniego malucha samego z wielkim plecakiem do przedszkola to czytelne sygnały alarmowe, na które odpowiednie służby powinny natychmiast zareagować.
Zgłoszenie sprawy do ośrodka pomocy społecznej czy dzielnicowego to nie jest złośliwy donos, ale często jedyna szansa, by ta rodzina otrzymała profesjonalne wsparcie, a zmęczeni sąsiedzi odzyskali należny im spokój i godność.
Zobacz też: Ma 25 lat i macierzyństwo to najgorsze, co ją spotkało. „Od 6 miesięcy nic nie robię, tylko noszę”