Droga Redakcjo mamotoja.pl, piszę do Was ten list w poczuciu głębokiego żalu i bezsilności, ponieważ sytuacje, do jakich dochodzi w przedszkolu mojej czteroletniej córki Laurki, po prostu przestają mieścić się w głowie. Każdy rodzic posyłający swojego malucha do państwowej placówki ma prawo oczekiwać, że zatrudnione tam opiekunki otoczą małe, bezbronne dzieci należytą troską, uwagą i po prostu ludzkim ciepłem. Tymczasem od początku tego roku szkolnego mam wrażenie, że zamiast opieki nad dziećmi mamy do czynienia z bezdusznym systemem i mechanicznym odhaczaniem godzin pracy.
WIDEO…
Laurce w przedszkolu spadł widelec podczas posiłku, a nauczycielka nawet nie kiwnęła palcem, żeby pomóc zdezorientowanej czterolatce. Gdy córka opowiedziała mi o tym wieczorem ze łzami w oczach, poczułam, jak krew we mnie buzuje. Uważam, że pani powinna podejść i podnieść ten nieszczęsny sztuciec, a nie zmuszać dziecko do samodzielnego radzenia sobie w stresującej dla niego sytuacji.
Najbardziej boli mnie fakt, że to bezduszne zachowanie nauczycielki jest teraz w modzie i nazywa się je nauką samodzielności. Kiedy poszłam rano wyjaśnić tę sprawę, wychowawczyni z chłodnym uśmiechem oznajmiła mi, że czteroletnie dzieci muszą uczyć się reagować na małe wypadki i same prosić panią woźną o czysty komplet sztućców. Ale przecież Laura ma dopiero cztery lata, jest cicha, nieśmiała i w nowym otoczeniu wciąż czuje się niepewnie. Zamiast pomóc maluchowi i zaoszczędzić mu wstydu, nauczycielka wolała siedzieć przy biurku i pić kawę, obserwując, jak moje dziecko siedzi bezradnie nad talerzem.
Przedszkolne zasady i nauka samodzielności czy wygoda personelu?
Sytuacja z widelcem to niestety tylko wierzchołek góry lodowej, bo takich momentów, w których kadra odmawia dzieciom elementarnej pomocy, jest znacznie więcej. Kilka dni temu Laura wróciła z placu zabaw w rozpiętej kurtce i z całkowicie rozwiązanymi butami, mimo że na dworze panował już jesienny chłód. Kiedy zapytałam ją, dlaczego nie poprosiła o pomoc, usłyszałam, że pani kazała wszystkim dzieciom radzić sobie samym, bo w przedszkolu nie ma niań. Moje dziecko spędziło pół godziny na placu zabaw z gołą szyją, bo nie potrafiło poradzić sobie z zacinającym się suwakiem.
Czy to naprawdę taki wielki wysiłek dla dorosłej, zdrowej kobiety, żeby schylić się i pomóc czterolatkowi zapiąć zamek lub zawiązać sznurowadło? Dla mnie to nie jest żadna nowoczesna pedagogika, tylko zwykłe lenistwo i brak podstawowej empatii wobec małego człowieka, który uczy się świata.
Zamiast opieki i ciepła przedszkolaki dostają obojętność
Kolejnym absurdem, z którym nie potrafię się pogodzić, jest podejście przedszkolanek do kwestii higieny po korzystaniu z toalety. Laurka kilkakrotnie skarżyła się, że panie odmawiają pomocy, twierdząc, że dzieci w grupie średniaków muszą już perfekcyjnie dbać o czystość. W efekcie moja córka ze strachu przed odmową pomocy zaczęła unikać chodzenia do łazienki w przedszkolu, co doprowadziło do bolesnych problemów z brzuszkiem.
Podobnie wygląda sytuacja podczas obiadów – kiedy Laura nie potrafi pokroić twardszego kawałka mięsa, nikt nie podejdzie, by pomóc jej z nożem i widelcem. Dziecko zostawia nietknięty posiłek i siedzi głodne przez resztę dnia, bo system wymaga od niego sprawności dorosłego człowieka.
Uważam, że przedszkole ma uczyć, ale przede wszystkim ma zapewniać bezpieczeństwo i komfort psychiczny, a zmuszanie maluchów do radzenia sobie z takimi barierami w samotności to gruba przesada.
Dominika
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl