Moja córka od wczorajszego wieczoru ma lekki, przezroczysty katar i lekko czerwone policzki, co u niej jest całkowitą normą przy każdej zmianie pogody. Dla opiekunek z placówki ten widok był jednak wystarczającym powodem, by odesłać nas z kwitkiem i kazać natychmiast wracać do domu.

WIDEO…

player placeholder

Sytuacja w przedszkolnej szatni kompletnie pozbawiła mnie sił

Gdy weszłyśmy rano do szatni, Ola była radosna, miała mnóstwo energii i bardzo chciała iść pobawić się z rówieśnikami na sali. Niestety, gdy tylko pani wychowawczyni spojrzała na buzię mojej córki, od razu zmieniła wyraz twarzy i poprosiła mnie na bok. Usłyszałam, że dziecko ma czerwoną buzię, leci jej z nosa i w takim stanie nie ma mowy, by weszła do grupy, bo zarazi inne maluchy. Próbowałam spokojnie tłumaczyć, że Ola nie ma gorączki, noc przespała spokojnie, ma świetny apetyt i ten katar to zwykła reakcja na chłodne, poranne powietrze.

Moje argumenty kompletnie nie trafiały do personelu, a pani dyrektor, która akurat przechodziła korytarzem, tylko potwierdziła wersję nauczycielki. Zostałam potraktowana jak wyrodna matka, która chce podrzucić chore, cierpiące dziecko do przedszkola, żeby mieć święty spokój. Nikt nie zapytał, czy mam z kim zostawić córkę, ani co mam teraz powiedzieć swojemu szefowi, u którego wykorzystałam już wszystkie możliwe dni wolne w tym roku.

Zobacz także:

Pracujący rodzice codziennie mierzą się z presją systemu

Siedzę teraz na tym parkingu i czuję, jak narasta we mnie gigantyczna bezradność, bo jako matka zostałam postawiona pod ścianą przez system, który wymaga ode mnie bycia idealną na każdym kroku. Z jednej strony przedszkole wprowadza rygorystyczną politykę czystego nosa i odsyła dzieci przy najmniejszym zaczerwienieniu na twarzy. Z drugiej strony w pracy nikt nie chce słuchać o kolejnym przeziębieniu, infekcji i konieczności brania zwolnienia lekarskiego na opiekę nad dzieckiem.

Mój pracodawca już podczas ostatniej rozmowy bardzo wyraźnie dał mi do zrozumienia, że jeśli znowu zniknę na tydzień z powodu kataru córki, to firma będzie musiała poszukać kogoś bardziej dyspozycyjnego na moje miejsce. Mąż pracuje na drugim końcu województwa i nie ma żadnej fizycznej możliwości, by nagle rzucić wszystko i przyjechać do domu. Nie mamy na miejscu babci ani dziadka, którzy mogliby przejąć opiekę nad małą, a wynajęcie niani z godziny na godzinę graniczy z cudem i kosztuje połowę mojej dziennej wypłaty.

Gdzie kończy się ostrożność przedszkolanek, a zaczyna zwykły brak empatii

Rozumiem, że placówki muszą dbać o zdrowie wszystkich dzieci i nikt nie chce, by po sali krążyły groźne wirusy wyłączające z życia całe grupy. Jednak uważam, że popadanie w skrajną paranoję i eliminowanie dziecka z powodu czerwonych policzków i wodnistego kataru to zwykła przesada, która niszczy życie pracującym matkom. Jesień w Polsce wygląda tak, że większość kilkulatków ma mniejszy lub większy katar przez kilka miesięcy z rzędu i zamknięcie ich wszystkich w domach jest po prostu logistyczną fikcją.

Napisałam ten list do redakcji Mamotoja, bo wiem, że tysiące kobiet każdego ranka przeżywa dokładnie taki sam stres przed przekroczeniem progu przedszkola. Chcę zapytać inne mamy, jak radzicie sobie z taką sytuacją i czy Wasze placówki też są tak bezwzględne przy porannej weryfikacji zdrowia maluchów. Co ma zrobić kobieta, która chce być dobrą, odpowiedzialną matką, ale musi też po prostu zarobić na chleb i opłacenie tego nieszczęsnego przedszkola?

Pozdrawiam,
Załamana mama Oli


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: „Myślałam, że to nudna bajka dla maluchów, dopóki logopeda nie kazał mi jej włączyć. Trzylatek po tygodniu zaczął budować pełne zdania”