Influencer pokazał na Facebooku zdjęcie, które na pierwszy rzut oka wygląda jak uchwycona telefonem scena z restauracji. Kilkuletni chłopiec przewraca doniczki z kwiatami i kopie w krzesło, podczas gdy siedzący niedaleko rodzice patrzą w telefony. Ani matka, ani ojciec nie zwracają uwagi na to, co robi ich dziecko.
WIDEO…
„Niedzielny obiadek w restauracji. Bombelek lata po całym lokalu i robi sajgon, a mamusia i tatuś, widoczni w tle, wgapieni w telefony, kompletnie niezainteresowani dzieciakiem. Miłej niedzieli” – napisał Krul.
Chociaż zdjęcie zostało wygenerowane przez sztuczną inteligencję, przedstawia bardzo realistyczną scenkę. Nic dziwnego, że pojawiło się pod nim ponad 1700 komentarzy, w tym wiele z głosami, że takie widoczki w restauracjach wcale nie są wymysłem.
„Kelnerki nie są animatorkami”
Część komentujących nie miała wątpliwości, kto ich zdaniem ponosi odpowiedzialność za takie zachowanie dzieci.
„I dziwią się i oburzają, że restauracje nie chcą dzieciaków wpuszczać” – napisała jedna z osób.
Inny komentujący zaproponował bardzo dosadne rozwiązanie problemu: „Na koniec do rachunku za żarcie doliczyć rachunek za zniszczenia i elegancko starzy będą ustawieni do pionu. Jak się nie podoba, telefon na policję, spisać zeznania i wytoczyć sprawę”.
Nie wszyscy skupiali się jednak na samym dziecku. Jeden z komentarzy zwracał uwagę na to, że pracownicy restauracji nie powinni być zmuszani do pilnowania cudzych dzieci.
„To, że obrazek może być nieprawdziwy, nie zmienia faktu, że to częsty prawdziwy obraz w gastronomii. Kelnerki itd. nie są animatorkami i nie mają obowiązku patrzenia na dzieci. Często zdarza się, że klienci zostawiają dzieci same przy stoliku, bo sami idą do toalety. Albo pozwalają dzieciom dotykać wszystkiego, co się da, każdej dekoracji, cukrów, kubeczków czy patyczków do mieszania kawy, jakby to wszystko było do zabawy. Prawdę mówiąc, ręce opadają” – czytamy.
To nie wina dziecka, że jest głośne. To wina rodziców, że nie uczą zasad
Chyba właśnie tutaj zaczyna się ciekawsza część tej dyskusji. Bo problemem nie jest przecież samo to, że kilkuletnie dziecko nie siedzi przy stole przez cały obiad z rękami złożonymi na kolanach. Dzieci się nudzą. Biegają. Czasem coś strącą, czegoś dotkną, śmieją się, piszczą albo próbują zwrócić na siebie uwagę. Restauracja nie jest przecież biblioteką, a obecność dzieci oznacza również pewną dozę hałasu i zamieszania.
Granica pojawia się wtedy, kiedy dziecko zaczyna przeszkadzać innym albo niszczyć wyposażenie lokalu, a rodzic nawet nie próbuje zareagować. Właśnie dlatego obrazek Krula, choć nieprawdziwy, pokazuje pewną prawdę: współcześni rodzice tak bardzo są pochłonięci sobą, że nie uczą dzieci podstawowych zasad kultury.
Trudno wymagać od kilkulatka, żeby sam doskonale wiedział, gdzie kończy się zabawa, a zaczyna przeszkadzanie innym. To dorosły ma mu pokazać, że doniczka nie jest zabawką, krzesła nie służą do kopania, a restauracja jest miejscem, z którego korzystają również inni ludzie.
Nie chodzi o to, żeby dzieci siedziały jak trusie. Rodzice powinni się obudzić
W dyskusji o zachowaniu dzieci w restauracjach łatwo wpaść w jedną ze skrajności. Z jednej strony mamy przekonanie, że „dziecko musi być dzieckiem” i wszyscy dookoła powinni to zaakceptować. Z drugiej – oczekiwanie, że najmłodsi będą zachowywać się jak mali dorośli i przez cały posiłek siedzieć cicho, a jeśli nie, to należy im zakazać wstępu do tego typu lokali.
Tymczasem można znaleźć coś pomiędzy. Dziecko może być znudzone. Może mieć gorszy dzień. Może nie wytrzymać przy stole tak długo, jak oczekują tego rodzice. Może nawet zrobić coś, czego robić nie powinno. Wtedy jednak przydaje się rodzic, który odłoży telefon, spojrzy na swoje dziecko i powie: „Tego nie robimy”. Który wyjaśni, weźmie odpowiedzialność za zachowanie i dziecka i po prostu, po ludzku, przeprosi.
Niby niewiele. A jednak właśnie tego zabrakło na tym obrazku.