Zbliżający się dzień Wszystkich Świętych zawsze był w moim domu rodzinny i wyjątkowy, pełen spokoju i wspomnień o tych, których już z nami nie ma. W tym roku uznałam, że mój ośmioletni Antoś jest już na tyle duży, że powinien mi pomóc, zamiast tylko bezczynnie stać przy pomniku. Spakowałam do torby szczotki, ściereczki, kupiłam znicze i pojechaliśmy na cmentarz, gdzie leży mój tata, czyli dziadek Antosia.

WIDEO…

player placeholder

Spokojny dzień na cmentarzu i wielkie plany na rodzinną lekcję historii

Pogoda była przepiękna, złota jesień w pełni, a słońce ładnie przebijało się przez kolorowe liście, tworząc spokojny klimat. Chciałam opowiedzieć synowi, jak dziadek uczył mnie jeździć na rowerze, jak bardzo cieszył się z jego narodzin i dlaczego pamięć o bliskich jest dla nas taka ważna. Dałam Antosiowi małe grabki i poprosiłam, żeby pozbierał liście wokół pomnika, ciesząc się, że synek uczy się tradycji w tak zwyczajny, naturalny sposób.

Syn na początku bez żadnego marudzenia wziął się do pracy, a ja z dumą patrzyłam, jak pomaga mi przy grobie i byłam pewna, że rośnie na wrażliwego, mądrego chłopca.

Zobacz także:

Jeden moment nad grobem dziadka, który zmienił wszystko

Wszystko szło świetnie do momentu, gdy przyszła pora na umycie płyty i ustawienie nowych kwiatów oraz zniczy. Poprosiłam Antosia, żeby schylił się nad pomnikiem i pomógł mi równo postawić duży lampion tuż obok tablicy z nazwiskiem mojego taty. Kucnął, wyciągnął ręce w stronę znicza, a ja na moment odwróciłam się, żeby wyciągnąć z siatki zapałki i odpalić knot. Gdy spojrzałam na niego dosłownie trzy sekundy później, po prostu zamarłam, a w gardle poczułam potężną gulę głębokiego żalu.

Mój syn, schylony nad nagrobkiem, w jednej ręce trzymał znicz, a w drugiej miał już odpalony telefon, na którym leciał jakiś głupi, głośny filmik z internetu. On nawet nie patrzył na płytę, pod którą leży człowiek, który kochał go nad życie, bo jego oczy były wpatrzone w migający ekran, a z głośnika leciała irytująca muzyka. W tym ważnym dla nas miejscu internet wygrał z pamięcią o dziadku i szacunkiem do tego dnia.

Zrozumiałam wtedy, że te dzieci żyją w jakimś wirtualnym świecie, z którego nie potrafią wyjść nawet na chwilę, a prawdziwe życie i bliskość tracą dla nich jakiekolwiek znaczenie.

Gorzkie wnioski smutnej matki

Wróciłam do domu zupełnie podłamana, a widok syna, który po przekroczeniu progu od razu rzucił się na kanapę z telefonem, tylko pogorszył mój humor. Zdałam sobie sprawę, że jako rodzice popełniamy wielki błąd, pozwalając technologii na tak mocne kontrolowanie życia naszych dzieci od najmłodszych lat. Żadne prośby, rozmowy o pamięci czy opowieści z przeszłości nie mają szans w starciu z aplikacjami, które bez przerwy domagają się uwagi malucha. Wszystkich Świętych to czas na ciszę, refleksję i zatrzymanie się w codziennym biegu, ale dla dzisiejszego ośmiolatka taka chwila bez telefonu jest po prostu nudą nie do zniesienia.

Piszę ten list, bo wiem, że w wielu domach te listopadowe wyjazdy będą wyglądać tak samo, a rodzice będą udawać, że nie widzą smartfonów ukradkiem wyciąganych z kurtek czy na cmentarnych alejkach. Musimy zacząć o tym głośno mówić i stawiać dzieciom twarde granice, zanim zupełnie stracimy z nimi kontakt i pozwolimy, by rodzinne tradycje odeszły w zapomnienie.

Malwina


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: „Chciałam zapłacić wnukowi za umycie grobu dziadka i zgrabienie liści. Gdy rzucił mi banknotem w twarz, pękło mi serce”